INFERNO Triathlon

Uwielbiam góry. Uwielbiam chodzić i biegać po górach. Uwielbiam jeździć na rowerze po górach. Zarówno szosą, jak i rowerem górskim. Uwielbiam te widoki. Po prostu uwielbiam spędzać czas w górach. Naturalnym więc jest, że skoro organizowane są triathlony w górach, to mnie do nich ciągnie. Pierwszy raz o triathlon w górach otarłem się w Zell am See. Co prawda bieg był niemal płaski, ale już na rowerze było co podjeżdżać. Później przyszła pora na Karkonoszmana, a potem było dalej i wyżej. Jedną z górskich triathlonowych imprez, na którą ostrzyłem sobie zęby od dłuższego czasu, było szwajcarskie Inferno. Już sama nazwa wskazuje, że jest to triathlon z piekła rodem. Choć nie wiem, czy triathlon jest odpowiednim określeniem, bo zamiast trzech, mamy cztery dyscypliny.

Etap pływacki odbywa się w szmaragdowych wodach jeziora Thun, położonego u północnych podnóży Alp Berneńskich pomiędzy miejscowościami Thun i Interlaken. Do pokonania jest dystans 3100 metrów pomiędzy plażą miejską w Thun i kąpieliskiem w Oberhofen. Start ma miejsce o godzinie 06:30, więc tak na prawdę jeszcze przed wschodem słońca (w 2020 roku start zaplanowano na 22 sierpnia, a wówczas słońce wzejdzie o godzinie 06:37). Nie stanowi to jednak większego problemu z nawigacyjnego punktu widzenia, jako że zawodnicy podczas pływania mają przed sobą majestatyczny zamek w Oberhofen obok którego zlokalizowana jest pierwsza strefa zmian. W 2019 roku temperatura wody wynosiła 18 stopni Celsjusza więc w mojej ocenie nie ma sensu zakładanie skarpet neoprenowych, a co najwyżej dwa czepki.

Pierwszy etap kolarski liczy 97 km i prowadzi z Oberhofen do Grindelwaldu. Do pokonania są tak naprawdę dwa podjazdy, a sumaryczny wznios wynosi 2145 metrów. Pierwszy podjazd rozpoczyna się już kilometr za strefą zmian i można podzielić go na dwie części, pierwszą o długości 3,7 km i średnim nachyleniu 9% do miejscowości Buelgrabe i drugą o długości 4,8 km i średnim nachyleniu 6,4% do Gibelegg. Po nich następuje zjazd do Interlaken, który wymaga skupienia i nie pozwala na rozwijanie nadmiernych prędkości ze względu na liczne serpentyny.

Fot. Alpha Foto

W tym miejscu warto wspomnieć, że etapy kolarskie odbywają się w ruchu otwartym. Kolejne nieco ponad trzydzieści kilometrów to jazda praktycznie płaskim odcinkiem wzdłuż brzegu jeziora Brienz z piękną panoramą Alp po prawej stronie. Jednak za Meiringen kończy się sielanka i zaczyna się kolejna wspinaczka, tym razem na Grosse Scheidegg. Blisko szesnaście kilometrów ze średnim nachyleniem blisko 8%, czyli jeden z dwóch podjazdów najwyższej kategorii (HC) z jakimi trzeba się zmierzyć, po których następuje karkołomny zjazd do Grindelwaldu, gdzie zlokalizowana jest druga strefa zmian. Wydawać by się mogło, że czysta formalność, jednak wziąwszy pod uwagę jak wąskie są alpejskie drogi, oraz że poruszają się autobusy i autokary, trzeba być bardzo skoncentrowanym, a w szczególnych przypadkach nawet ustąpić im miejsca.

Niewiele jest na świecie imprez triathlonowych, w których etap kolarski składa się z części szosowej i terenowej. Podczas startu w Inferno w drugiej strefie zmian zamiast zakładać buty biegowe zmieniamy rower z szosowego na górski i rozpoczynamy wspinaczkę na Kleine Schiedegg. Pierwsze cztery z 11,2 km podjazdu o średnim nachyleniu blisko 10% to przyjemna jazda pośród górskich chatek asfaltem, jednak później asfalt się kończy, a jego miejsce zajmuje szuter. Przebyty dystans i nachylenie powoli zaczynają odbierać przyjemność z jazdy. Ostatni kilometr podjazdu kompletnie ją zabiera, ponieważ jest już tak stromo, a nawierzchnia jest tak luźna, że praktycznie nikomu nie udaje się pokonać podjazdu bez podchodzenia.

Fot. Alpha Foto

Dwunastokilometrowy zjazd do Lauterbrunnen początkowo jest szybki i bardzo prosty technicznie. Szeroka szutrowa droga, na której musimy uważać jedynie na turystów pieszych, którzy trzymają się pobocza i nie stanowią problemu. Jednak w końcowej części poziom trudności wzrasta i niektórych odcinków zazdrościć mogliby organizatorzy rodzimych imprez MTB. Korzenie, luźne kamienie, czy dropy to tylko niektóre powody, dla których warto rozważyć jazdę na rowerze z pełnym zawieszeniem. Ja chciałem przechytrzyć system i wpadłem na pomysł odchudzenia roweru niczym przy wyścigu na Śnieżkę, czyli w miejsce amortyzatora wstawiłem sztywny widelec. Co prawda na podjeździe kilogram mniej był przydatny, jednak pod koniec zjazdu płakałem z bólu nadgarstków i ramion. Lepiej uczyć się na cudzych błędach, więc jeśli kiedykolwiek przyjedzie wam do głowy start w Inferno, to niech wam nawet na myśl nie przychodzi jada bez amortyzacji. Z Lauterbrunnen czeka nas nieco ponad cztery kilometry jazdy asfaltem do trzeciej strefy zmian zlokalizowanej przy stacji kolejki górskiej w Stechelbergu.

Wisienką na torcie triathlonu Inferno jest bieg górski z metą na Schilthornie. Jednak pierwsze pięć kilometrów to bieg w sielskiej scenerii wzdłuż potoku do Lauterbrunnen i dopiero tam zacznie się prawdziwa męczarnia. Kończy się asfaltowa płaska ścieżka i zaczyna się szutrowy podbieg. Tempo spada drastycznie, a tętno rośnie. W pewnym momencie skręcamy w leśną ścieżkę, a bieg staje się niemożliwy, co skrzętnie wykorzystuje fotograf.

Fot. Alpha Foto

Przed Muerren czeka nas chwila na złapanie oddechu, gdy biegniemy wzdłuż torów kolejowych, jednak nie trwa ona wiecznie i znowu trzeba zaczać się wspinać. Lasy dawno się skończyły i zostały gołe skały, gdzie pomimo połowy sierpnia nadal leży śnieg. Jest tak stromo, że jakikolwiek bieg jest niemożliwy. Jedyny sposób, żeby przemieszczać się w górę, to stawianie stóp bokiem, czyli tzw. jodełka. W momencie, gdy już zobaczysz charakterystyczną sylwetkę restauracji Piz Gloria znajdującej się na szczycie Schilthornu i wysokości 2970 metrów nad poziomem morza wcale nie robi się łatwiej.

Fot. Swiss-Image

Mogłoby się wydawać, że skalne schody rozwiązują problem wspinania się, jednak są one na tyle wysokie, że po całodziennym wysiłku pokonywanie ich jest istną męczarnią. Jednak warto. Nic nie zastąpi przesiąkniętej bólem satysfakcji ze zdobycia na własnych nogach znanej z filmu „W tajnej służbie Jego Królewskiej Mości” siedziby Ernsta Stavro Blofelda. A na deser czeka Cię zjazd czterema kolejkami górskimi do Stechlebergu. Na zjazd na jednej narcie niczym James Bond we wspomnianym filmie raczej nie ma co liczyć, ponieważ o tej porze roku jest za mało śniegu.

Pomimo swojej ponad dwudziestoletniej historii Inferno nie wyryło się w świadomości społeczności triathlonowej, jak chociażby Norseman. Ma to jednak swoje plusy, ponieważ nie ma żadnego losowania, a limitowana do 333 liczba pakietów startowych dla uczestników indywidualnych nie wyprzedaje się w kilka minut. Jaki jest tego powód? Szczere mówiąc nie mam pojęcia. Porównując ten start do Norsemana stwierdziłem, że Alpy są o wiele bardziej majestatyczne, widoki piękniejsze, a sama trasa o wiele trudniejsza. Dowodem skali trudności trasy niech będzie chociażby fakt, że w Norwegii nie miałem problemu ze zmieszczeniem się w limitach czasowych, oraz walką o czarną koszulkę, podczas gdy w Szwajcarii z praktycznie tym rezultatem czasowym (13 godzin) miałem raptem godzinę zapasu do zamknięcia trasy. Niemniej jednak impreza jest zdecydowanie warta polecenia. Jeśli tylko podoba Ci się idea triathlonów górskich, to Inferno na pewno Cię nie rozczaruje.

el Kapitano

el Kapitano

editor

el Kapitano. Marynarz. Triathlonista. Więcej w zakładce "o mnie".

Jeden komentarz

  1. Avatar
    slaszLDR

    Czekałem, czekałem, czekałem i …. się doczekałem.
    Brawo Emil.
    Epicka przygoda.

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *