Sportful Dolomiti Race

Od małego oglądałem z ojcem relacje z wyścigów kolarskich. Najpierw na włoskich i niderlandzkich kanałach, a później w Eurosporcie. Wyścigami, które najbardziej rozpalały nasze emocje były wiosenne klasyki i wielkie toury. W etapówkach oczywiście dla nas najważniejsze i najbardziej emocjonujące były etapy górskie. Im wyżej, dłużej i bardziej ekstremalnie, tym większą mieliśmy „ucztę”. Jak ja chciałem kiedyś być taki, jak mój idol Marco Pantani… zerwać bandanę, stanąć w pedałach, rozbujać rower i urwać rywali wspinając się na Cima Coppi… każdy miał kiedyś jakieś niedorzeczne marzenia. Teraz nadal robię to samo, ale zamiast ojca towarzyszy mi syn i dalej snujemy swoje marzenia – on, że zostanie zawodowym kolarzem (sam sobie to wymyślił), a ja o możliwości przejechania tych tras z innymi amatorami. Marzenia mają to do siebie, że jak bardzo się czegoś chce i z czasem dostosowuje je do rzeczywistości, to można krok po kroku je spełniać. W ten sposób trafiłem do Feltre i stanąłem na starcie Sportful Dolomiti Race.

Jubileuszowa, 25. edycja Sportful Dolomiti Race odbyła się w niedzielę 17 czerwca 2019 roku. Jej wyjątkowość wynikała nie tylko z jubileuszu, ale przede wszystkim z faktu, że 15 dni wcześniej niemal identyczną trasą prowadził 20. etap tegorocznego wyścigu Giro d’Italia – stąd w nazwie „l’anno del Giro”, czyli „rok Giro”. O fenomenie Giro d’Italia mógłbym pisać bez końca, jednak najważniejsze jest, że dla organizatorów tego amatorskiego wyścigu było to największe wyróżnienie, jakie mogło ich spotkać, a przy okazji pozwoliło zgromadzić na starcie blisko 5000 osób.

Uczestnicy mają do wyboru dwa dystanse, Medio Fondo (140,0 km) i Gran Fondo (210,3 km i bagatela 5000 m przewyższeń), a samego wyboru można dokonać podczas jazdy, a wiec po zjeździe z Cima Campo. Od momentu zapisania się zależeć będzie wysokość opłaty startowej. Ja zapisując się na początku lutego zapłaciłem 60 euro, po czym już w biurze zawodów zwrócono mi 10 euro (jako że organizator uznał moją roczną licencję Polskiego Związku Triathlonu za spełniającą wymagania włoskiej licencji kolarskiej, tj. ubezpieczenie i przynależność do związku sportowego). Co dostałem w zamian? W pakiecie startowym oprócz zabezpieczonej trasy, serwisu technicznego (o jego skuteczności później), biletów na pasta party, talonów na kawę i deser, makulatury i próbek, również koszulka kolarska imprezy firmy Sportful (dostawca odzieży kolarskiej do drużyn Bora-Hansgrohe i Bahrain-Merida), oraz bidon i odżywki firmy Enervit. Co prawda organizator wymagał zgody lekarza na udział w tym wyścigu, ale fakt posiadania licencji zwolnił mnie z tego obowiązku. Pakiet odbierałem dzień przed startem około południa i nie było żadnych kolejek. Sytuacja zmieniła się w godzinach wieczornych, kiedy to przyjechała większość Włochów i wracając do samochodu po całodziennym zwiedzaniu Feltre widziałem juz dość długie kolejki.

W sobotę przyglądałem się rywalizacji dzieci w wyścigach MTB towarzyszących niedzielnej rywalizacji amatorów. Techniczna trasa przy Viale Marconi, grubo ponad setka dzieci i refleksja na temat tego, jak buduje się potęgę kolarską. Opłaty wpisowej nie było. Każde dziecko otrzymywało od organizatora koszulkę kolarska od firmy Sportful i czapeczkę od firmy Vittoria, a na mecie medal i słodycze. Owszem, jest jeszcze wiele innych składowych, ale masowość i jak największa dostępność klubów, oraz startów jest mechanizmem najbardziej napędzającym młodzież do obrania drogi sportu. Tak mnie naszła ta refleksja po rozmowie z Marcinem Waniewskim, podczas której podśmiechiwaliśmy się z absurdalnych opłat startowych w wysokości 40 złotych w biegach dzieci towarzyszącym niektórym imprezom triathlonowym. Ale do brzegu.

Startowałem na imprezach z większą ilością uczestników, jak chociażby Ronde Van Vlaanderen Cyclo (14 tysięcy uczestników), jednak tam uczestnik sam wybierał moment startu pomiędzy 7 i 9 rano, co pozwalało na „rozładowanie” ścisku, a gęsto zrobiło się tylko podczas podjazdu pod Koppenberg, gdy trafiłem na wolniejszych uczestników krótszego dystansu. Tutaj jednak wszyscy startowali razem. Jeśli wcześniej nie startowałeś w tej imprezie, nie zaprosił Cię na nią organizator, albo sponsor, ani nie stoisz wysoko we włoskim rankingu, to startujesz z ostatniego sektora, a więc jeśli nie ustawisz się na ponad godzinę przed startem, to zanim dojedziesz do startu minie 10 minut odkąd czołówka będzie na trasie. Kolejne pięć minut w iście żółwim tempie przypominającym bardziej sztuczki ze stójką na torze kolarskim przebijaliśmy się przez historyczne centrum Feltre i dopiero na jego obrzeżach można było rozpocząć jazdę. Po dojechaniu do Arsie zaczął się pierwszy z czterech podjazdów przez duże P, a więc pod Cima Campo (18,7 km, średnie nachylenie 6,1 %, maksymalne nachylenie 10 %, 1116 m przewyższenia) i znowu zrobiło się ciasno, ale możliwe było przebijanie się do przodu lewą stroną jezdni powtarzając jak mantrę „sinistra”, czyli „lewa wolna”.

Pierwszy bufet na 56. kilometrze, czyli na wypłaszczeniu w połowie zjazdu z Cima Campo do początku wspinaczki pod Passo Manghen i do wyboru owoce (banany i pomarańcze), bułki (z szynką lub serem), suszone owoce (figi, daktyle, morele), słodycze (ciastka i drożdżówki), żele firmy Enervit, woda, izotonik i Coca Cola, a dla chorych na celiakię lub osób na diecie bezglutenowej słodycze i bułki bez glutenu. Oprócz tego rzecz którą początkowo przeoczyłem, a więc gazety! Po co? Od dzięsiątków lat wykorzystywane przez kolarzy do ochrony korpusu przed zimnem na zjazdach. Zaraz za bufetem rozjazd na krótszy i dłuższy dystans i od razu robi się swobodniej. Jeszcze tylko zjazd do Telve i można zaczynać wspinaczkę pod Passo Malghen (22,2 km, średnie nachylenie 7,3 %, maksymalne nachylenie 15 %, 1626 m przewyższenia). Po przejechaniu połowy podjazdu łapię pierwszą od roku gumę. No cóż, zdarza się. Szybko ją zmieniam ze swojego zapasu, a gdy już kończę zatrzymuje się przy mnie motocykl serwisowy firmy Vittoria i upewniwszy się, że wszystko w porządku wręcza mi dętkę i nabój CO2, czyli uzupełnia zużyte przeze mnie zapasy. Niestety ilość dwutlenku węgla w naboju była zbyt mała, żeby napompować koło do odpowiedniego ciśnienia i dojechawszy do bufetu w Calamento poprosiłem jednego z uczestników o pożyczenie ręcznej pompki. Nie licząc postoju na zmianę dętki podjazd pod Passo Malghen na wysokość 2047 m.n.p.m. zajął mi 100 minut. Czy to dużo? Vincenzo Nibali 15 dni wcześniej potrzebował na jego pokonanie 58 minut. Nokaut. Na szczycie głośny doping, muzyka i nieodłączne wycie wilków.

Po szybkim zjeździe do Molina di Fiemme zaczyna się druga cześć trasy, dojazd do Predazzo i początek wspinaczki pod Passo Rolle (19,9 km, średnie nachylenie 4,8%, maksymalne nachylenie 10%, 959 m przewyższenia). Zaraz za Predazzo łapię drugiego kapcia w tylnym kole. Po całkiem sprawnej zmianie dętki ruszam już bez zapasów, ale jeszcze przed Bellamonte poprosiłem wyprzedzającego mnie serwisanta Vittorii o zapasową dętkę, którą dał mi w biegu, jednak naboju CO2 już nie dostałem, bo miał je w schowku pod siedzeniem. Nie ma sprawy, przecież trzeciej gumy nie złapię. Los ma jednak to do siebie, że potrafi być złośliwy i przed samym bufetem w Bellamonte trzeci kapeć. Znowu z tylu. Za każdym razem sprawdzałem oponę, czy nic w niej nie ma i za każdym razem była w porządku. Limit kapci chyba wyczerpałem na następne kilka lat. Jako że nie miałem naboju, to musiałem prosić każdego przejeżdżającego kolarza o pożyczenie pompki i nie kwapili się do pomocy. Po kilku minutach jeden z zawodników zlitował się nade mną i pozwolił mi podpompować dętkę, ale że bardzo mu si spieszyło, to pozostały do bufetu kilometr jechałem na niskim ciśnieniu i dopiero w bufecie pożyczyłem pompkę i odbiłem do odpowiedniego ciśnienia. To jedna z nauczek tego wyjazdu – pompkę CO2 to można zabierać na krótkie starty triathlonowe.

Za Bellamonte jest wypłaszczenie i dość długi tunel, po wyjechaniu z którego rozpętało się piekło. Choć piekło nie jest odpowiednim określeniem. To było lodowe piekło. Burza z gradem, która nie chciała się skończyć. Cały pozostały dystans wspinaczki pod Passo Rolle (blisko 13 km) padał ulewny deszcz i grad, ulica miejscami w całości pokryta była gradem, poboczami płynęły rwące strumienie, grad siekał skórę przedramion, a temperatura nieubłaganie spadała. Cały weekend był upalny. Jeszcze przed startem sprawdzałem prognozy pogody i na kilku stronach na wszystkich przełęczach zapowiadano temperatury w okolicy 18-20 stopni Celsjusza i brak opadów, więc zdecydowałem, że nie zabieram ze sobą rękawków i kurtki. Pogoda w wysokich górach potrafi być jednak nieprzewidywalna i warto spodziewać się niespodziewanego, oraz zabrać ze sobą coś cieplejszego. Dojechawszy na szczyt Passo Rolle nie czułem stóp i dłoni, oraz cały się trząsłem. Sanitariusze ściągnęli mnie z roweru, zresztą jak każdego innego zawodnika mniej więcej w tym samym momencie i wprowadzili nas do hotelu Alpenrose, gdzie razem z obsługą starali się nas rozgrzać czym tylko mogli. W ruch poszły koce, ręczniki, pościel, dosłownie wszystko, a w hotelowym lobby było przeszło dwustu zawodników. Karetki zabierały kolejne osoby z objawami hipotermii do szpitali, podczas gdy ja jedynie się o nią otarłem. Ogrzawszy się wziąłem od sanitariusza lateksowe rękawiczki, pod koszulkę wsadziłem dwie poszwy na poduszki, oraz owinąłem korpus folią NRC i stwierdziłem, że jadę dalej, bo do mety już tylko 70 kilometrów. Zjazd do Fiera di Primeiro był jednym z moich najwolniejszych w życiu. Średnia prędkość 28 km/h, ale szybciej nie byłem w stanie. Cały się trząsłem z zimna, droga była śliska i dopiero po zjeździe na wysokość poniżej 1000 m.n.p.m. gdy wyszło słońce i zrobiło się cieplej odżyłem. W Fiera di Primeiro zatrzymałem się by ściągnąć lateksowe rękawiczki, oraz pozbyć się „zbroi” na korpusie i obiecałem sobie, że już nigdy nie będę narzekał na upał.

Z każdym kolejnym przejechanym metrem robiło mi się cieplej i odzyskiwałem czucie w stopach i dłoniach. Wydawało się, że już zbliżam się do ostatniej prostej ale na 170 km zawodnik jadący za mną zwrócił mi uwagę na niskie ciśnienie opony z tylu, więc na najbliższym punkcie serwisowym zatrzymałem się celem dopompowania powietrza. Ostatni podjazd miał być formalnością, przynajmniej tak mi się wydawało przed startem. Jednak jego ostatnie 5 km i 10-procentowe nachylenie po wszystkich przygodach tego dnia okazały się bezlitosne. Moc się zgadzała, tętno jakieś takie za wysokie, czas się dłużył, a kolejne metry ciągnęły się niczym flaki z olejem. Już nie podziwiałem krajobrazów, tylko chciałem żeby ten dzień się skończył. Dotarłszy na ostatni tego dnia szczyt, tj. Monte Avena, rozpoczął się ostatni zjazd, który udało się pokonać bardzo sprawnie, kilka kilometrów po mieście i finałowa wspinaczka Via Mezzaterra do mety zlokalizowanej na Piazza Maggiore.

To był na prawdę długi dzień w siodle. Nie licząc czasu postojów na zmianę dętek, dopompowanie koła i ogrzanie się na szczycie Passo Rolle jazda zajęła mi 9 godzin i 37 minut. Pomiędzy przekroczeniem startu i mety minęło jednak 10 godzin i 52 minuty. Raptem 4 godziny więcej niż zwycięzcy. Prawdziwy nokaut. Wielka lekcja, wiele wniosków, w gruncie rzeczy fenomenalna przygoda, no i przede wszystkim realizacja kolejnego marzenia. Wydawać by się mogło, że długo nie będę mógł spojrzeć na rower po takiej „przygodzie”, jednak już we wtorek zacząłem kręcić, a w czwartek stanąłem na starcie etapowego wyścigu Lotto MTB Energy. No i jeszcze tego samego wieczoru zapisałem się na Gran Fondo Il Lombardia.

el Kapitano

el Kapitano

editor

el Kapitano. Marynarz. Triathlonista. Więcej w zakładce "o mnie".

4 komentarzy

  1. Piotrek

    Niesamowite, gratuluję i zazdroszczę
    niezwykłej przygody! Widać jednak, że
    u nas kolarstwo jest na innym
    poziomie. Nie wyobrażam sobie
    zgromadzenia 5000 osób gotowych
    zmierzyć się z tak wymagającą trasą.
    Pytanko: o której godzinie był start?
    Jaka różnica dzieliła pierwszego
    zawodnika do zamykającego stawkę na
    mecie?

  2. Sebastian

    Fajnie się to czyta. Też byłem w tym roku na Dolomiti Race i udało się ukończyć, mimo pogodowych niespodzianek.
    Pozdrawiam

  3. el Kapitano
    el Kapitano

    @Piotrek start był o 7 rano. Limit czasu był ustalony na 13 godzin, jednak ostatni zawodnik przejechał przez linię mety o 2008, czyli 8 minut po czasie, ale został sklasyfikowany. Do zwycięzcy stracił ponad 6 godzin.

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *