Hu! Hu! Ha! Nasza zima nie jest taka zła!

Ogromny postęp, jaki obserwujemy w ostatnich latach w dziedzinie odzieży kolarskiej, spowodował, że cytowane kilkukrotnie w tym numerze przysłowie („Nie ma złej pogody na rower, są tylko złe ubrania”) zyskuje dodatkową moc. Teraz możemy ubrać się tak, aby nawet 5–6 godzin w siodle podczas zimowej zawieruchy nie stanowiło problemu dla naszego organizmu. Co prawda koszt zakupu kompletu takiej odzieży może z powodzeniem przewyższać miesięczne dochody niejednego kolarza czy triathlonisty, ale zazwyczaj za dobre rzeczy trzeba sporo zapłacić, a w szczególności za te, których nazwa ma w sobie „triathlon” albo „tri”.

Zastanawialiście się kiedyś, w czym trenowali zimą krajowi kolarze i triathloniści w minionym stuleciu? Nie mieli dostępu do ubrań z membranami, odzieży termoaktywnej, bidonów z izolacją termiczną czy zimowych butów kolarskich, więc musieli sobie radzić z tym, co było pod ręką. W latach 80. ubiegłego wieku w niektórych sklepach zaczęły się pojawiać kolarskie buty zimowe, które miały wyższą cholewkę oraz ocieplaną wkładkę, ale daleko im było do ich dzisiejszych odpowiedników. Bez podwójnych skarpet, czy wręcz onucy, wyjście na rower zimą groziło poważnym odmrożeniem. Inni radzili sobie z tym, jeżdżąc na rowerze w klasycznych butach zimowych i pedałach platformowych. Podkolanówki, dwie pary rajstop, kalesony, nakolanniki i obcisłe dresy to był przepis na jako taki komfort termiczny nóg. Na górne partie ciała trafiały podkoszulki z długimi rękawami, wełniane koszulki kolarskie, ciepłe bluzy od dresów i kurtki, ale takie, które nie przepuszczając wody, jednocześnie przepuszczały powietrze. Odpadały więc ortaliony, ponieważ zbytnio się w nich pocono, a ich miejsce zajmowały kurtki z brezentu, kupowane w składnicach harcerskich. Widać więc, że pomimo upływu czasu nie zmieniła się zasada ubierania się „na cebulkę”, jednak liczba kolejnych warstw uległa zmniejszeniu, a ich jakość i właściwości znacznie się polepszyły. Na głowy trafiały wełniane czapki zakrywające uszy i czoło, aby chronić zatoki przed przeziębieniem. Jak najbardziej wskazane były rękawice zimowe, a ci z lepszymi „układami” jeździli w rękawicach narciarskich. Z bieganiem było nieco prościej, bo liczba warstw odzieży nie była aż tak duża, jak w przypadku kolarstwa.

Dzisiaj zakładamy skarpety z wełny merynosa, czasami dwie pary, zimowe buty kolarskie, a na nie neoprenowe ochraniacze, zimowe spodnie kolarskie z wbudowanymi nakolannikami, koszulkę z długim rękawem i kolarską kurtkę zimową, a w przypadku, gdy jest bardzo zimno, dodatkowy zestaw zimowej bielizny termoaktywnej. Do tego ciepła kominiarka, dobre rękawice i pogoda nam niestraszna. Faktem jest jednak, że nie zawsze wyjście na trening kolarski, czy biegowy w teren, kiedy śniegu po pas, a na termometrze minus dwadzieścia stopni Celsjusza, jest rozwiązaniem najsensowniejszym. Najlepszą ochroną przed marznącym wiatrem jest trening w lesie, ponieważ drzewa osłonią nas przed jego działaniem, a pokrywa śnieżna może być tam mniejsza niż w otwartym terenie. Jednak przy bardzo głębokim śniegu nawet fatbike z oponami wyposażonymi w kolce, czy obuwie do biegania po lodzie, sobie nie poradzą. Wówczas warto skierować swoją uwagę na trening zastępczy w przysłowiowych czterech ścianach, tj. na trenażerze czy bieżni mechanicznej. Jak widać nie ma wymówek do nietrenowania zimą, jest ewentualnie brak do tego chęci.

Artykuł ukazał się w magazynie „Triathlon” będącego częścią miesięcznika „Bieganie” w listopadzie 2017 roku.

el Kapitano

el Kapitano

editor

el Kapitano. Marynarz. Triathlonista. Więcej w zakładce "o mnie".

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *