Isklar Norseman Extreme Triathlon

Impreza, która w zaledwie kilkanaście lat przebiła się do masowej świadomości nie tylko w środowisku triathlonowym, ale i w całej norweskiej społeczności. Triathlon, który prędzej czy później trafia na listę rzeczy do zrobienia. Czarna koszulka wręczana kończącym go na szczycie Gaustatoppen śni się po nocach zarówno tym, którzy ją zdobyli, jak i tym, którzy się o jej zdobycie otarli i wciąż o niej marzą. Zanim przejdziemy do wisienki na torcie, zacznijmy od historii.

Fot. Isklar Norseman Extreme Triathlon

Na początku nowego tysiąclecia norweski triathlon znajdował się w opłakanym stanie. Ta niszowa dyscyplina sportu skazana była na wegetację w zakamarkach świadomości społeczeństwa żyjącego między innymi narciarstwem biegowym, skokami narciarskimi i biathlonem. W 2001 roku raptem dziewięciu Norwegów ukończyło triathlon na długim dystansie. Dla porównania w Polsce w podobnym okresie z długim dystansem zmierzyło się ponad dwa razy więcej osób. Nad sposobem zmiany tego stanu rzeczy debatowali między innymi Bent Olav Olssen i Paal Hårek Stranheim. Pierwszy z nich założył Oslofjord Triathlon, który przez kilka kolejnych lat był największym klubem triathlonowym. Drugi natomiast wpadł na pomysł nietypowego wyścigu. Wyścigu, który będzie niczym podróż przez najpiękniejsze zakątki Norwegii. Wyścigu, w którym odczucia będą ważniejsze niż czas na mecie. Wyścigu, który można będzie dzielić z rodziną i przyjaciółmi, będącymi wsparciem w trakcie jego trwania. No i koniecznie musi się kończyć na szczycie. Wyścigu, który musi być najcięższym na dystansie ironman na świecie. Jeśli będzie odpowiednio trudny, to na pewno przyjadą na niego Niemcy, a jak przyjadą Niemcy, to Norwegowie pójdą w ich ślady. Bent stwierdził, że jest to zły pomysł, co jednak nie zraziło Håreka.

Fot. Jørn Hagen

Po dwóch latach planowania, 19 lipca 2003 roku, 21 śmiałków stanęło na starcie pierwszej edycji Norsemana. Oczywistym miejscem do zakończenia rywalizacji był szczyt Gaustatoppen. Z wysokości 1883 metrów nad poziomem morza widoczny jest obszar około 60 tysięcy kilometrów kwadratowych, czyli jedna szósta powierzchni Norwegii. Szczyt ten znajduje się w odpowiedniej odległości od fiordów, w których temperatura jest niska, ale nie na tyle, aby uniemożliwić przepłynięcie blisko czterech kilometrów. Wybór lokalizacji pierwszej strefy zmian padł na malowniczo położoną osadę Eidfjord. Dla uatrakcyjnienia rywalizacji zdecydowano się na „wywiezienie” zawodników na wody fiordu i nakazanie im startu po skoku do wody z pokładu statku. Pierwszym dyrektorem sportowym imprezy został nie kto inny jak Paal Hårek Stranheim, a pomagało mu grono przyjaciół, żona i dzieci. Zresztą, w pewnym momencie to na barkach żony Håreka spoczęła odpowiedzialność za ową pierwszą edycję Norsemana, jako że Hårek również zdecydował się na start we własnej imprezie. Spośród 21 uczestników ponad połowa debiutowała w triathlonie, co już było sukcesem pomysłodawcy. Pierwszego Norsemana ukończyło 19 osób, na szczycie Gaustatoppen wszystkim szczęśliwcom wręczono czarne koszulki na pamiątkę ich osiągnięcia. Zwycięzcą został Christian Houge-Thiis z czasem 12 godzin i 48 minut. Tak oto narodziła się legenda Norsemana.


Z roku na rok popularność wyścigu rosła i już w jego piątej edycji, tj. w 2007 roku, osiągnięto limit 250 uczestników. Gdy liczba chętnych do zmierzenia się z zimnymi wodami Hardangerfjord, wspinaczką na płaskowyż Hardangervidda, a następnie ze szczytem Gaustatoppen zaczęła przekraczać ustalony limit, organizatorzy zdecydowali się na przydzielanie prawa startu drogą losowania, co również wpłynęło na wzrost zainteresowania. W końcu im coś jest trudniej dostępne, tym bardziej się tego pożąda. Na dziesięciolecie imprezy chcąc umożliwić walkę o czarną koszulkę większej liczbie osób, wyścig odbył się dwukrotnie, tj. w sobotę i niedzielę. Jednak taka okazja już się nie powtórzy. Chcąc zmniejszyć liczbę osób zainteresowanych startem w Norsemanie wprowadzono symboliczną opłatę za przystąpienie do losowania i osiągnięto efekt przeciwny do zamierzonego. Być może pomógł w tym fakt, że wpływy z zapisów do losowania przeznaczono na organizację „Lekarze bez granic”. W latach 2016 i 2017 było to odpowiednio 24 i 30 tysięcy euro. O prawo startu w 2018 roku ubiegało się 4417 osób z 79 krajów, co najlepiej świadczy o popularności Norsemana. To blisko 18 osób chętnych na jedno miejsce. Organizatorzy dostrzegają problem, jakim jest trudność dostania się na ten wyścig i cały czas zastanawiają się nad tym, w jaki sposób umożliwić udział rosnącej liczbie zainteresowanych. Na pewno nie odbędzie się to przez zwiększenie liczby startujących czy licytowanie pakietów startowych. Wydaje się, że losowanie jest najsprawiedliwszym ze sposobów, aczkolwiek z każdym rokiem szanse na start maleją (szczególnie po zniesieniu zasady wzrostu szans na zostanie wylosowanym wraz ze wzrostem liczby prób, kiedy nie zostało się wylosowanym). O tym, że Norseman nie jest „jednorazowym wybrykiem”, niech świadczy fakt, że ponad połowa osób, które stają na krawędzi pokładu promu Utne, to wcześniejsi uczestnicy.

Fot. Paulina Monasterska-Tronina

O co ci wszyscy ludzie walczą? Przecież wyścig ten ma tylko dwie kategorie – mężczyzn i kobiet. Nawet nie ma oddzielnej kategorii dla niepełnosprawnych. Dopiero w 2017 roku organizator ufundował nagrody dla zwyciężczyni i zwycięzcy w wysokości 4000 euro każda, jednak pieniądze te mogli jedynie oddać na wybrany przez siebie cel charytatywny. Wzdłuż trasy nie znajdziemy tysięcy kibiców, jak na przykład w Roth czy na imprezach mistrzowskich World Triathlon Corporation. Na trasie nie ma też bufetów, pomocy technicznej, na etapie kolarskim obowiązuje otwarty ruch kołowy, a na mecie, czy to na szczycie Gaustatoppen, czy w Gaustablikk nikt nie wręczy nam medalu. Otóż w tym wyścigu najważniejsza jest droga, którą trzeba przebyć. Osadzona w przepięknych okolicznościach, ale jednocześnie surowych i momentami brutalnych okolicznościach przyrody. Blisko cztery kilometry pokonane wpław po skoku przed świtem w ciemne i lodowate wody fiordu. 180 kilometrów na rowerze z nieco ponad 3500 metrów wzniosu, w tym pięć długich podjazdów i dwa płaskowyże. A na koniec bieg na dystansie maratonu z różnicą wzniesień 1850 metrów, której zdecydowana większość przypada na ostatnie 17 km. To nie jest spacer po parku. Woda w fiordzie jest lodowata, na płaskowyżach wiatry osiągają w porywach prędkość ponad 100 km/h, temperatura w okolicy Dyranut nierzadko spada do 2 stopni Celsjusza, deszcz i grad są integralną częścią Norsemana, a zmienność warunków atmosferycznych najlepiej oddaje tytuł utworu zespołu Crowded House „Four seasons in one day”. Wszak do przebycia jest aż pięć stref klimatycznych.

Fot. Torgeir Storflor Moen

Upragniona czarna koszulka, która dla wielu osób jest celem samym w sobie, podczas startu schodzi na dalszy plan. Gdy wsiadasz przed 4 rano na prom Utne, ostatnią rzeczą, o jakiej myślisz, jest kolor koszulki, którą być może dostaniesz. Gdy otworzy się furta dziobowa i staniesz na skraju pokładu, wszystkie myśli skupiają się na głębi pod tobą i chłodzie, w jakim przyjdzie ci spędzić resztę dnia. Podczas etapu pływackiego powtarzając do znudzenia wyuczony cykl pływacki wypatrujesz ogniska na końcu fiordu, mającego cię prowadzić do strefy zmian, niczym latarnia żeglarzy. Po rozpoczęciu etapu kolarskiego najpierw pokonujesz kolejne tunele z nadzieją, że gdzieś przed tobą nie ma żadnej dziury w asfalcie, której i tak nie dostrzeżesz w ciemności, następnie wspinając się do Dyranut nie sposób oprzeć się pięknu wodospadu Vøringfossen, na płaskowyżu Hardangervidda walczysz z wiatrem chłonąc surowość tutejszej tundry, aż w końcu od Geilo na zmianę wspinasz się w żółwim tempie i zjeżdżasz na złamanie karku. Zszedłszy na bieg wzdłuż rzeki Måna przez nieco ponad 20 kilometrów przygotowujesz się mentalnie na dostrzeżenie przed sobą nadajnika na szczycie Gaustatoppen. Na Zombie Hill przestajesz zwracać na cokolwiek uwagę, aby na trzydziestym trzecim kilometrze zostać powitanym przez dyrektor wyścigu, która dopuści cię do walki o czarną koszulkę na Gaustatoppen (pierwsze 160 osób po czasie nie dłuższym niż 14 i pół godziny) lub skieruje do Gaustablikk po białą koszulkę. Dopiero wówczas zaczynasz sobie przypominać o tej drobnostce, która wcześniej nie dawała ci spokoju.

Fot. Jan-Sugurd Sørensen

Drogi nigdy nie przebyłbyś sam. Potrzebne jest ci wsparcie. Rodziny, przyjaciół… tylko od ciebie zależy, kto to będzie. Na pewno musisz mieć do tej osoby lub osób pełne zaufanie. Support pomoże ci się przebrać w pierwszej strefie zmian, zabierze z niej twoje rzeczy, na trasie kolarskiej i biegowej będzie podawać ci jedzenie i picie oraz motywować, przygotuje twoje rzeczy w drugiej strefie zmian, pomoże ci się w niej przebrać, zabierze twój rower ze strefy zmian, jak już rozpoczniesz bieg oraz w końcu pokona z tobą zarówno Zombie Hill, jak i pomoże we wspinaczce na Gaustatoppen bądź w drodze do Gaustablikk.

Fot. Agurtxane Concellon

Cała ta filozoficzno-przygodowa otoczka wcale nie oznacza, że nie ścigamy się na serio. Zawody odbywają się zgodnie z nieco zmodyfikowanymi przepisami ITU i Norweskiego Związku Triathlonu (m.in. zmodyfikowane zapisy o pomocy z zewnątrz i otwartym ruchu kołowym). Z finansowego punktu widzenia mogłoby się wydawać, że Norseman jest kurą znoszącą złote jajka i świetnie prosperującą komercyjną imprezą, jednak organizatorzy hojnie dzielą się wypracowanym zyskiem, a niemal wszystkie ze 149 osób pracujących przy organizacji imprezy to wolontariusze z kilkunastoletnim stażem. Część z nich to osoby, które startowały w pierwszym Norsemanie. Zresztą oni ścigają się ze sobą tydzień przed właściwą imprezą w ramach corocznego koleżeńskiego Norsemana, przy okazji sprawdzając trasę.

Fot. Jørgen Melau

Wracając do finansów, to oprócz licznych dotacji na cele charytatywne organizator imprezy, czyli Hardangervidda Triatlon Klubb w 2016 finansował stypendium norweskiego triathlonisty Kristiana Blumenfelta, a w 2017 roku Gustava Iddena, czyli odpowiednio drugiego i trzeciego zawodnika na mecie zawodów serii Pucharu Świata na Bermudach w 2018 roku, kiedy to Norwegowie zdominowali podium. Jeśli dodamy do tego projekty naukowo-badawcze współfinansowane przez organizatora i mające na celu między innymi lepsze zrozumienie fizjologii tak ekstremalnego wysiłku (badania krwi przed startem, na mecie oraz dzień po wyścigu), zachowania się organizmu ludzkiego podczas długotrwałego wysiłku w zimnej wodzie (ochotnicy spośród uczestników tegorocznej edycji Norsemana pokonali go z mikrosondą mierzącą temperaturę wewnętrzną podczas wyścigu), wpływu suplementacji kwasami tłuszczowymi z grupy Omega na regenerację; to mamy doskonały przykład, jak można w sposób inteligentny redystrybuować zyski.

I tak spełnia się wizja Paala Håreka Stranheima o budowaniu popularności triathlonu w Norwegii i przyczynianiu się do rozwoju dyscypliny nie tylko na poziomie amatorskim, ale i zawodowym. Przy okazji dając tysiącom ludzi okazję do przeżycia przygody, jaką jest Norseman (wraz z edycją z 2018 roku Norsemana ukończyło 3245 osób), a kolejnym osobom cel do wpisania na listę triathlonowych marzeń. Ja swoje marzenie w tym roku spełniłem. Jednak jestem jedną z tych osób, dla której jeden raz to za mało i po upływie raptem dwóch dni już czekam na kolejne losowanie.

Fot. Agurtxane Concellon

Artykuł ukazał się w magazynie „Triathlon” będącego częścią miesięcznika „Bieganie” we wrześniu 2018 roku.

el Kapitano

el Kapitano

editor

el Kapitano. Marynarz. Triathlonista. Więcej w zakładce "o mnie".

2 komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *