Żeby pływać szybko, trzeba pływać szybko i dużo

Od początku mojej przygody z triathlonem pływanie było moją najszłabszą dyscypliną. Niemal na każdym kroku słyszałem, że trzeba pracować nie tylko nad swoimi mocnymi stronami, ale przede wszystkim nad tymi słabymi. W końcu jesteśmy tak mocni, jak nasze najsłabsze ogniwo. Niby oczywista oczywistość, ale ostatecznie wmawiałem sobie, że to jest triathlon, a nie pływanie i tu liczy się przecież sumaryczny czas trzech dyscyplin. Tym samym zawsze uważałem, że wodę odrobi się to na rowerze i na biegu. Gówno prawda!

W triathlonie z zabronionym podciąganiem (albo w formule non drafting, jak kto woli) pozornie nie liczy się, który wyjdziesz z wody. Co ujedziesz na rowerze, to Twoje. Zgadza się, ale będąc lepszym pływakiem wyjdziesz na brzeg mniej zmęczony (zakładając przepłynięcie dystansu w tym samym czasie) i zaczniesz rower z niższym tętnem, co już ma niemałe znaczenie. Oprócz tego, szybsze wyjście z wody pozwoli uniknąć tłoku w strefie zmian i na trasie. Płynięcie z przodu stawki, to z kolei sposób na mniejszą „pralkę”. No i wreszcie kwestia kontaktu wzrokowego. Niejednokrotnie teoretycznie mocniejsi kolarze w zasięgu wzroku pozwalają na wykrzesanie z siebie kilku/kulkunastu watów więcej (identycznie jak z kijem i marchewką). Tak więc same plusy. Pozostaje tylko odpowiedzieć sobie na pytanie, jak do tego dojść? A konkretnie jak dopłynąć!?

PAN22_823_2013_bez_reklam

Pod koniec 2014 roku zadałem sobie podobne pytanie. W pierwszym momencie do głowy przychodziły pomysły typu kurs total immersion, zajęcia doskonalenia techniki pływania i tym podobne. Na przykładzie innych osób widziałem jednak, że pomimo pewnego progresu to nie jest do końca to, o co mi chodziło. I wówczas mnie olśniło. Przypomniałem sobie wiosenny obóz klimatyczny, kiedy to pływałem niemalże codziennie, a czasami nawet dwa razy dziennie. Pod koniec drugiego tygodnia obozu czułem się jak przysłowiowa ryba w wodzie i pływałem znacznie szybciej niż przed obozem. Owszem, większość treningów basenowych była delikatnie rzecz ujmując ciężka, a z wody wychodziłem kwadratowy, ale efekt był piorunujący. Dopiero po takiej analizie logicznej skonsultowałem to z Marcinem Waniewskim. Jego pierwszym stwierdzeniem na moje rozterki było „w końcu do tego dojrzałeś” – jak to u Marcina. To, co dla niego było oczywiste, mnie zajęło kilka ładnych lat. No ale nie ma się co dziwić. Na pytanie dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedział odparł, że dysponując określoną ilością czasu w tygodniu trzeba iść na kompromisy, a u mnie tym kompromisem było pływanie. Podobnie zresztą, jak u większości triathlonistów amatorów, którzy nie mają przeszłości pływackiej i tysięcy przepłyniętych kilometrów. Tak więc ustaliliśmy, że w sezonie 2015 będę pływał 4-5 razy w tygodniu, czyli zwiększyliśmy objętość pływania blisko dwukrotnie, ale nie kosztem pozostałych dyscyplin.

progi

Drugim krokiem, było nauczenie się kontrolowania tempa pływania. Wyznaczywszy progi treningowe, na podstawie testu pływackiego na 1000 metrów, przez kolejne tygodnie uczyłem się kontrolować tempo. Początkowo polegało to na tym, że praktycznie po każdej przepłyniętej długości basenu podczas nawrotu sprawdzałem czas w jakim ją pokonałem i ewentualnie korygowałem tempo. Stopniowo zamiast po każdej kolejnej długości basenu sprawdzałem czas co dwie, a później co cztery długości basenu. Z czasem udało mi się wyrobić swoisty zmysł szacowania tempa jakim płynę. Coś jak w bieganiu. Bez zegarka wiem, czy biegnę w tempie 4:00/km, 4:30/km, czy 5:00/km. Co prawda nie pomagał mi w tym wszystkim fakt, że – można pomyśleć paradoksalnie – pracując na morzu po 4 tygodniach treningu pływackiego następował czterotygodniowy okres bez pływania, gdzie musiałem je zastępować treningiem oporowym, ale po powrocie „na ląd” już po 2-3 wizytach na basenie przypominałem sobie jak się to robi. Przykładem niech będą poniższy zapis treningu interwałowego, podczas którego pływałem „na wyczucie”.

200

Kolejnym i najważniejszym krokiem na drodze do szybszego pływania było szybsze pływanie. Masło maślane? Nie! Otóż bez szybkiego pływania na trenigach nie ma co liczyć na szybkie pływanie na zawodach. Bodaj największym błędem, jaki można zrobić jest przyjście na basen i przepłynięcie powiedzmy dwóch kilometrów ciągiem, w niewymagającym tempie. Owszem, fajnie, że popływaliśmy, spaliliśmy kilkaset kilokalorii, ale co nam to dało? Z treningowego punktu widzenia niewiele. Trening pływacki powinien składać się z trzech części: rozgrzewki, zadania głównego i schłodzenia. W części głównej jest miejsce na zadania, dzięki którym możemy poprawiać nasze osiągi. Jednostajnym pływaniem możemy dojsć tylko do pewnego poziomu, powyżej którego można wejść tylko dzięki treningowi interwałowemu. Co prawda nie jest on lekki i przyjemny, ale wcale nie ma taki być. Ma być przede wszystkim skuteczny.

Jest jeszcze kilka innych czynników, które są ważne, jak chociażby technika pływania, czy praca nóg. Nad nimi także pracuję, głównie podczas rozgrzewki i schłodzenia, a pływając więcej i częściej mam okazję pracować nad tym… więcej i częściej.

DCIM101GOPRO

Co mi to dało? Najważniejsze jest chyba to, że pływam szybciej i czuję się o wiele pewniej w wodzie. Nie jestem, nie byłem i nigdy nie będę talentem pływackim. Co wyrobię, to moje. Bez dróg na skróty. Dodatkowo moja praca zawodowa, a właściwie jej charakter, mi w tym także nie pomaga. Niemniej jednak uważam, że w końcu zacząłem w miarę przyzwoicie pływać i czuję się bardziej kompletnym i zrównoważonym zawodnikiem. Dla przykładu startując w swojej pierwszej „połówce” w Suszu w 2011 roku dystans 1900 metrów przepłynąłem w 38 minut i 10 sekund. Dwa lata później startowałem na tym dystansie trzykrotnie i pływanie zajmowało mi już nieco ponad 35 minut (za wyjątkiem Borówna, gdzie dryfujące boja wydłużyła moje pływanie do 44 minut). W sezonie 2014 startowałem głównie w popularnych „ćwiartkach” i na przepłynięcie 950 metrów potrzebowałem niecałych 17 minut. W 2015 roku, czyli już po wprowadzeniu wyżej opisanych zmian w życie, udało mi się zejść poniżej 16 minut na dystansie ¼ IM oraz poniżej 32 minut na dystansie ½ IM. Niby niewiele, ale nie dość, że mnie czasu spędzałem w wodzie, to jeszcze wychodziłem z niej mniej zmęczony, dzięki czemu z większą swobodą zaczynałem etap kolarski. Rok 2016 to dalsza intensywna praca nad pływaniem i widać tego kolejne efekty, z których jestem niesamowicie dumny. Pływanie 50-metrowych interwałów w czasie 40 sekund, nowa życiówka na 400 metrów w postaci 5 minut i 53 sekund tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że aby pływać szybko, trzeba pływać szybko. I dużo. Ale do tego trzeba dojrzeć, a przede wszystkim mieć na to czas.

400
el Kapitano

el Kapitano

editor

el Kapitano. Marynarz. Triathlonista. Więcej w zakładce "o mnie".

4 komentarzy

  1. Robert

    Według mnie deprecjonowanie treningu polegającego na spokojnym przepłynięciu jednym ciągiem np. 2 km jest
    bezpodstawne. Nie jest wcale powiedziane że u kogoś nie da to dobrego efektu. Każdy inaczej reaguje na bodźce
    treningowe, jeśli Tobie nie odpowiada taki trening, to nie znaczy, że np. u mnie wykonywanie tylko takich
    spokojnych 2-km pływań nie da jeszcze lepszego rezultatu 😉 Ważne by pływać i robić kilometraż + technikę.

  2. el Kapitano
    el Kapitano

    Z samego robienia kilometrażu nie będzie szybkiego pływania. Podobnie z techniką. Bez odcinków, interwałów i
    rytmów nie ma szybkiego pływania.

  3. Steve

    Co racja to racja. Ja klepię od
    kilku lat po 2 km w granicach 40
    minut i postęp minimalny. Na
    400 miałem niedawno 7:18,
    lipa. Tylko już przeszło 50 na
    karku, bez żadnej sportowej
    przeszłości, wręcz przeciwnie:)

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *