Najpierw był sport. Od najmłodszych lat. Jako dziecko biegacza i trenera lekkiej atletyki skazany byłem na sport. Wspólne wyjazdy na obozy przygotowawcze i zawody spowodowały przesiąknięcie tą atmosferą. W swoich pierwszych zawodach wystartowałem w wieku niespełna 3 lat podczas jednego z takich obozów w bieszczadzkiej Dołżycy. O ile dziś nie jest to nic nadzwyczajnego, to w połowie lat 80. ubiegłego wieku były to bardzo niszowe wydarzenia. Z czasem dołączył do tego rower. Uwielbiałem na nim jeździć. W wieku 12 lat dostałem od taty Rometa Sport, swoją pierwszą szosę z prawdziwego zdarzenia. Zaczęły się dłuższe i częstsze wypady rowerowe. Tylko z pływaniem mi nigdy nie było po drodze. W szkole podstawowej na obowiązkowych zajęciach na pływalni co prawda nauczyłem się pływać, ale nie pokochałem tego sportu.

Później było morze. Gdy w 1996 roku po raz pierwszy stanąłem na pokładzie statku morskiego już wiedziałem jaką drogą zawodową pójdę. Koniec szkoły podstawowej, liceum, a ja zdania nie zmieniłem. Zmieniła się tylko nazwa wybranej uczelni z Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni na Akademię Morską w Gdyni. Co prawda mama była przeciwna wypuszczeniu spod swoich skrzydeł jedynego syna, ale dzięki namowom taty odpuściła, a ja wyjechałem nad morze i na morze. Większość z Was przyzna rację, że studia, to okres w życiu człowieka, kiedy sport (a dokładniej rzecz biorąc trening) zazwyczaj schodzi na dalszy plan, ponieważ ciężko się go wkomponowuje w aktywne studenckie życie. Po ukończeniu studiów i zdobyciu dyplomu oficerskiego rozpoczął się okres monotonnej pracy zawodowej. Pracy ciekawej i nietypowej, której nie zamieniłbym na żadną inną, ale jednak monotonnej. Wówczas też zaczęło mi brakować ruchu.

Niemalże na każdym statku znajduje się salka gimnastyczna, a na niej bieżnia, rower spinningowy, oraz trochę żelastwa do przerzucania. Dodaję 2 do 2 i wychodzi, że wracam do aktywności ruchowej. W przysłowiowym międzyczasie znajduję informację o zawodach triathlonowych, które odbędą się niedaleko i na dodatek w okresie, kiedy będę w domu. Od żony dowiaduję się, że jednym z debiutantów będzie jej brat. Tak rodzi się pomysł, żebym i ja spróbował. Pływać umiem, a rower i bieg to był mój żywioł. To nic, że 8 lat temu. Na szczęści dystans krótki. Triathlon Tylko dla Orłów w Ostrzycach w 2009 roku to był mój debiut. Lekko nie było, ale jak miało być inaczej, skoro dopiero miesiąc wcześniej wróciłem do aktywności fizycznej. To były czasy! Zapisy w dniu startu, śmiesznie niskie opłaty startowe, kilkudziesięciu uczestników (a wśród nich niemalże cała kadra, młodziutkie olimpijskie nadzieje w osobach Agnieszki Jerzyk i Mateusza Kaźmierczaka i weterani twardsi niż stal, czyli między innymi Dariusz Czyżowicz i Leszek Kubicki) i niesamowita atmosfera. Cytując naszych południowych sąsiadów „to se ne vrati, pane Havranek”, ale wspomnienia pozostają. Niestety impreza ta nie przetrwała próby czasu, ale ja bakcyla połknąłem. Powiem więcej. Pokochałem to. Triathlon stał się moim sposobem na życie. Początkowo pochłonął mnie, a ja mu się oddałem bez opamiętania. Wówczas wkroczyła na scenę towarzyszka małżonka i tupnęła nogą. Rozpoczął się żmudny proces nauki balansowania triathlonu z życiem rodzinnym i zawodowym.

Kolejne lata przyniosły kolejne starty, setki poznanych ludzi i mnóstwo doświadczeń. Moja niepohamowana ciekawość i ścisły umysł domagały się zgłębiania niuansów kolejnych nowinek technicznych, a z czasem zacząłem wypowiadać się na temat używanego przeze mnie sprzętu, jego wad i zalet (początkowo na forum, a następnie na portalu xtri.pl), oraz zacząłem coraz bardziej wszystko analizować. Latem 2012 roku spotkałem na swojej drodze dwóch Marcinów – Waniewskiego i Koniecznego. Zanim się oglądnąłem jeden został moim trenerem, a z drugim coraz częściej trenowałem. Moja zabawa w triathlon stała się bardziej zorganizowana, a postępy widać było na każdym kroku. Wiosną 2013 roku poznałem Grześka Golonkę, z którym również bardzo szybko znalazłem wspólny język i jesienią tego samego roku zaprosił mnie do reprezentowania barw jego drużyny – Triathlon Series Team. W głowach koleżanki i kolegów z Triathlon Series Team zrodziła się ksywka el Kapitano i tak już zostało.

Blog ten ma na celu przybliżenie triathlonistkom i triathlonistom (ale nie tylko, ponieważ zarówno osoby pływające, jeżdżące na rowerze, czy biegające znajdą tu dla siebie coś ciekawego) nowinek technicznych i sprzętowych, recenzji sprzętu sportowego, opisów miejsc treningowych i imprez sportowych, sylwetek ciekawych ludzi, oraz temat kolarskiego pomiaru mocy. Jako, że jest to blog niezależny, sfinansowany i utrzymywany z własnych środków, oraz prowadzony dla własnej satysfakcji, to mam nadzieję, że pozostanie wolny od nacisków i stronniczości. Zapraszam do lektury i do dzielenia się swoimi doświadczeniami i przemyśleniami.

Emil Wydarty

Pływanie jest moją najsłabszą stroną, ale czego można się spodziewać po człowieku, który pływa 4 tygodnie, a kolejne 4 tygodnie imituje trening pływacki na gumach? Niemniej jednak na 31 minut na średnim dystansie wystarcza…

Na rowerze do Podsiadłowskiego jeszcze trochę brakuje, ale pracuję nad tym.

Od biegania to wszystko się zaczęło…

Jest tylko jeden moment przyjemniejszy niż dotarcie do mety!