Omata One

Postępu technologicznego nie da się zatrzymać, choć nie oznacza to, że wszystko co nas otacza musimy komplikować, dygitalizować i kwantyfikować. Przykładów można by tutaj mnożyć setki z niemal każdej dziedziny życia, ale z oczywistych powodów we wpisie tym trzymać się będziemy sportu, a dokładniej kolarstwa. Mnogość danych, które w ostatnich latach pojawiły się na ekranach naszych liczników, choć być może odpowiedniejsze byłoby określenie kolarskich komputerach, jest wprost przytłaczająca. Zatracić się w nich można do tego stopnia, że przestajemy zauważać to, co nas otacza. Czasami chciałoby się wrócić do prostego licznika, który pokazywał tylko czas i przebyty dystans. Dla estetów, a za takich uważa się większość kolarzy, oznacza to jednak założenie świni przysłowiowego siodła. I tutaj pojawia się on – licznik Omata One!

Omata One nie jest klasycznym licznikiem kolarskim. Jest to licznik inny niż wszystkie. Połączenie licznika analogowego i cyfrowego. Te pierwsze obecne były na kierownicach rowerów już od lat 50. ubiegłego stulecia. Produkty firmy Schwinn, czy VDO mierzyły prędkość i dystans za pomocą przewodu łączącego je z przednią piastą. W latach 90. XX wieku pojawiły się pierwsze kolarskie liczniki cyfrowe i stopniowo zaczęły wypierać rozwiązania analogowe, chociażby dlatego, że pozwalały na zapis i odtworzenie przebiegu sesji treningowej, czy wyścigu. Z czasem oprócz podstawowych danych zaczęła rosnąć ilość mierzonych przez nie parametrów i doszliśmy do momentu, gdy jedyne czego licznik nie jest nam w stanie zmierzyć, to miejsca na mecie.

Omata One łączy te dwa „światy”, a więc nostalgiczny i jednocześnie estetyczny analogowy design z nowoczesnością i cyfrowym światem. Nic dziwnego, w końcu stoją za nim dawni pracownicy Nokii. Firma Omata powstała w 2014 roku i dwa lata później za pomocą kampanii croundfundingowej zebrała 150% środków potrzebnych na przeniesienie Omaty One z deski kreślarskiej na kierownice. Osobom, które sfinansowały ten proces (w tym piszącemu te słowa) przyszło czekać równo dwa lata zanim otrzymały swoje liczniki. Czy warto było wyłożyć gotówkę na stół i czekać?

A więc mamy minimalistyczny licznik kolarski z analogowym „wyświetlaczem” i cyfrowym „sercem”. Omata One prezentuje tylko i aż cztery dane – przebyty dystans (w skali od 0 do 100 km), prędkość (w skali od 0 do 110 km/h), czas jazdy (w skali od 0 do 12 godzin), oraz sumaryczny wznios (w skali od 0 do 4 kilometrów). Wszystko zamknięte jest w aluminiowej obudowie (o klasie wodoszczelności IPX 5), przypominającej zarówno pod względem rozmiaru, jak i wyglądu krążek hokejowy, z polioksymetylenowym bezelem, przeciwodblaskowym szkiełkiem i szarą tarczą (białą w wersji imperialnej). Średnica Omaty One wynosi 63 mm (niczym szerokość licznika Garmin Edge 520), a jej wysokość 17 mm (21 mm biorąc pod uwagę interfejs uchwytu). Sam licznik ma masę 77 gramów, a uchwyt na kierownicę to dodatkowe 48 gramów. Aktualne wartości prezentowanych danych określa się za pomocą czterech wskazówek. Dwóch większych umieszczonych centralnie dla dystansu i prędkości, oraz dwóch mniejszych na oddzielnych tarczach dla czasu i wzniosu. Próżno więc tu szukać dotykowego wyświetlacza, prezentacji powiadomień, czy funkcji nawigacyjnych. Przycisków zresztą też nie znajdziemy, bowiem obsługa licznika (przełączanie pomiędzy trzema trybami) odbywa się za pomocą obracanego bezela.

Nie oznacza to jednak, że twórcy Omaty „poskąpili” na technologii. Wprost przeciwnie. Za określanie pozycji odpowiada między innymi 72-kanałowy odbiornik nawigacyjnych systemów satelitarnych GPS, GLONASS i Beidou, oraz systemów wspomagających SBAS (EGNOS, WAAS i QZSS). Do komunikacji z czujnikami zewnętrznymi i telefonami mamy moduły komunikacyjne Bluetooth Smart i ANT+. Do komunikacji z komputerami, oraz ładowania port USB-C. Oprócz tego przyspieszeniomierz, wysokościomierz barometryczny, termometr i 4 GB pamięci. Za przełożenie danych cyfrowych na analogową formę odpowiada silnik krokowy firmy Seiko Precision. Zasilania według producenta wystarcza na 17 godzin ciągłej pracy, jednak mnie udało się z Omaty wyciągnąć blisko 18 godzin na jednym ładowaniu. Za mocowanie do kierownicy odpowiada dedykowany uchwyt firmy K-EDGE, ale można licznik zamocować do innych uchwytów umożliwiających wymianę „insertów”.

Podczas pierwszych jazd należy przestawić się z odczytywania cyferek na określanie wartości na podstawie ustawienia wskazówek. Trzeba przyznać, ze jak w samochodzie jest to niesamowicie intuicyjne i już po kilkudziesięciu minutach jazdy wchodzi w nawyk. Dodatkowo ułatwia to zadanie specjalnie stworzona w tym celu czcionka. Co prawda podczas jazdy dokładne wartości czasu jazdy i sumarycznego wzniosu są ciężkie do odczytania ze względu na małą rozdzielczość skali, ale po co komukolwiek znajomość sumarycznego wzniosu z dokładnością do 10 metrów? Po ustawieniu wskazówek w określonych konfiguracjach można tez odczytać kilka innych dodatkowych parametrów, bądź statusów licznika. Przykładowo komunikację z telefonem, akwizycję sygnałów satelitów, ilość widocznych satelitów, czy poziom naładowania baterii. Urządzenie nie posiada przycisku do rozpoczęcia i zatrzymania zapisu. Po prostu po osiągnięciu statusu gotowości (akwizycja sygnałów z co najmniej 4 satelitów) i wzroście prędkości ruchu powyżej 2 km/h zapis rozpoczyna się automatycznie. Gdy prędkość spadnie poniżej 2 km/h, to zapis jest wstrzymywany. Identycznie, jak w przypadku funkcji automatycznej pauzy w innych licznikach. Tak więc w czasie przerwy na kawę podczas coffee ride nic nie trzeba z licznikiem robić. O ile nikt nam nie ukradnie roweru, to zapis nie zostanie wznowiony. Na koniec jazdy bezel przestawiamy do pozycji początkowej i plik zostaje zamknięty. Podczas synchronizacji zostanie on przetransferowane do pamięci aplikacji Omata na telefonie, skąd może zostać wyeksportowany chwilowo tylko do platformy Strava. Z czasem ilość obsługiwanych platform zewnętrznych ma wzrosnąć. Po podłączeniu do komputera można ręcznie przekopiować plik *.fit i następnie ręcznie wrzucić go do wybranej platformy treningowej.

A co jeśli nie podczas jazdy, ale już po niej chciałbym przeanalizować zapis tętna i/lub mocy? Otóż taka możliwość niebawem będzie. Twórcy Omaty One nie chcieli nadużywać i tak już nadwyrężonej cierpliwości osób, które wsparły powstanie licznika, więc początkowo skupiły się na wypuszczeniu na rynek kompletnego produktu, a kolejne funkcjonalności dodadzą wraz z upływem czasu. Kiedy? Podobno do końca roku. W międzyczasie każą nam po prostu jeździć i cieszyć się tym, za bardzo nie zwracając uwagi na dane. Czy jest to dla mnie problem? Nie. Owszem, fajnie byłoby mieć zapis zarówno tętna, jak i mocy z każdej jazdy, aby jak najdokładniej śledzić zmiany ATL i CTL na platformie TrainingPeaks, ale o dziwo bez tego da się żyć i wstrzelić z formą na określone zawody. Gdy nie trenuję na czasówce, to wybieram szutry, lub MTB, a tam jak życie pokazuje pomiar mocy i tętna jest mi do niczego nie potrzebny. Co prawda trener Waniewski ma odmienne zdanie, ale nauczyłem się żyć z jego narzekaniem. W terenie wystarczą mi podstawowe dane, jak dystans i czas, żeby wiedzieć mniej więcej jak daleko jestem od domu i czy zdążę na obiad.

Największą wadą licznika Omata One jest jego cena. 550 dolarów amerykańskich stawia go na równi pod względem wartości z modelem Edge 1030 firmy Garmin. Na dodatek już przy zakupie musimy zdecydować się na wersję metryczną lub imperialną. Jeśli miałbym się czegokolwiek czepiać oprócz ceny i chwilowej niemożliwości rejestrowania wskazań czujnika tętna i miernika mocy, to byłyby to stosunkowo wolny bezprzewodowy transfer danych z licznika do telefonu (przyzwyczaiłem się do błyskawicznego transferu, jak w przypadku liczników Wahoo ELEMNT), chwilowy brak aplikacji dla telefonów z systemem operacyjnym Android (aczkolwiek w momencie pisania tego tekstu dostępna jest wersja beta), oraz możliwość wypięcia licznika podczas manipulowania bezelem w celu zmiany trybu pracy licznika. Gdybym mógł cokolwiek zasugerować twórcom Omaty One, bądź szukać rzeczy, które powinny zostać dodane w drugiej wersji ich licznika, to z pewnością byłby to moduł komunikacyjny WiFi do bezprzewodowej i szybszej autosynchronizacji danych, możliwość odbioru sygnałów z nawigacyjnych satelitów systemu Galileo, oraz wskazania aktualnej strefy tętna i/lub mocy.

W przypadku Omaty wcale nie chodzi o nawigację, prezentowanie danych, czy powiadomień, a o doznania estetyczne. To jest jak porównywanie chronografu na nadgarstku z zegarkiem Casio z kalkulatorem i 16 melodyjkami. Wszystko to powoduje, że Omata One nie jest licznikiem dla wszystkich. Zresztą jego twórcom na pewno na tym nie zależało. To licznik dla świadomego konsumenta. Obserwowanie, jak wskazówka prędkości reaguje na mocniejsze naciskanie na pedały, niemal jak w samochodzie jest niemal metafizyczne. Dla takiego, który podczas jazdy ucieka od digitalizacji, lub hołduje zasadzie „jeździj teraz, analizuj później”. Idealnie pasuje do klasycznych rowerów, dla ludzi ubierających się w ciuchy Raphy, miłośników gravelu, a złośliwi powiedzieliby, że dla hipsterów szukających biżuterii rowerowej.

el Kapitano

el Kapitano

editor

el Kapitano. Marynarz. Triathlonista. Więcej w zakładce "o mnie".

2 komentarzy

  1. slaszLDR

    a z innej ale także sprzętowej beczki, jak testy 5X+ bo widziałem na fotce że używasz.
    Czekam z niecierpliwością.

    No i relacja z Norsemena też mile widziana.

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *