Historia brei w foliowym worku

W 2017 roku minęło trzydzieści lat od rynkowego debiutu żeli energetycznych. Prace nad nimi trwały od połowy lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, a ich twórcami byli południowoafrykański naukowiec i jednocześnie sportowiec Tim Noakes oraz ultramaratończyk Bruce Fordyce. To pierwsze nazwisko brzmi znajomo? Powinno, bo to autor takich książek jak „Lore of Running”, „Running Injuries: How to Prevent and Overcome Them”, „Waterlogged: The Serious Problem of Overhydration in Endurance Sports”, czy w końcu najbardziej kontrowersyjnej „The Real Meal Revolution”.

Wróćmy jednak do żeli. Opracowany przez niego w 1987 roku żel zawierał około 25 gramów węglowodanów i dla wygody użycia umieszczono go w plastikowym woreczku. Bardzo podobnym do tego, w jaki pakujecie kanapki do szkoły/pracy. Źródłem węglowodanów była maltodekstryna i dekstroza, które w nieznacznym stopniu wymieszano z wodą. Docelową grupą odbiorców owych żeli, potocznie nazywanych „goo”, czyli mianem mazistej brei, byli biegacze długodystansowi, których dzisiaj nazwalibyśmy ultrasami. Szybko jednak zalety ich stosowania zaczęły dostrzegać osoby uprawiające inne dyscypliny wytrzymałościowe.

Co ciekawe, początkowo produkt ten był kompletnie nieznany poza Republiką Południowej Afryki. Podobno kilku zawodników korzystało z żeli Squeezy podczas Ironmana na Hawajach w 1988 roku. W 1993 roku w nieco zmienionym składzie zaczęto je produkować w Europie, a do ich reklamowania zatrudniono zawodowych triathlonistów, dzięki czemu powoli zaczęły zyskiwać na popularności. Na początku lat 90. nad żelami energetycznymi zaczęły pracować kolejne firmy, w szczególności amerykańskie, ze względu na galopującą wręcz popularność maratonów i triathlonu, czyli miliony potencjalnych klientów.

Jeszcze dwadzieścia lat temu żele energetyczne były całkowitą abstrakcją dla amatorów, a kupić je można było co najwyżej na targach towarzyszących największym imprezom triathlonowym, czy maratonom. Z kolei teraz można je kupić w sklepie spożywczym, w aptece, czy nawet na stacji benzynowej, a do wyboru mamy dziesiątki producentów i smaków w przeróżnej konsystencji. Wraz z upływem czasu, rosnącym popytem, zmieniającymi się „modami żywieniowymi” i coraz większą liczbą „graczy” na rynku żeli energetycznych, zmieniały się opakowania, konsystencja, skład, źródła węglowodanów, no po prostu wolna amerykanka. Chcesz smak miętowo-czekoladowy, świeżych ogórków, pomidorowy bądź piwny? Z kofeiną czy bez? Nie ma najmniejszego problemu, bo chyba w tym temacie wymyślono już niemal wszystko.

Jak się w tym wszystkim odnaleźć? Jak znaleźć „swój” skład, smak i konsystencję? Na to nie ma żadnej recepty. Po prostu trzeba próbować, próbować i jeszcze raz próbować. Oczywiście nie podczas startów, a na treningach i to najlepiej tych o intensywności zbliżonej do tej planowanej podczas startu docelowego. Rozpoczynam swój dziesiąty triathlonowy sezon i pomimo że mam zestaw wypróbowanych źródeł energii na określone dystanse i intensywności, to cały czas szukam. Nawet jeśli jest dobrze, to wcale nie oznacza to, że nie może być lepiej.

Artykuł ukazał się w magazynie „Triathlon” będącego częścią miesięcznika „Bieganie” w styczniu 2018 roku.

el Kapitano

el Kapitano

editor

el Kapitano. Marynarz. Triathlonista. Więcej w zakładce "o mnie".

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *