Ślachetne zdrowie

Rację miał imć Kochanowski pisząc

Ślachetne zdrowie,
Nikt się nie dowie,
Jako smakujesz,
Aż się zepsujesz.

Prędzej czy później przychodzi moment, kiedy Twój organizm mówi DOŚĆ. Jak by o niego nie dbać, jak by go nie regenerować, to w pogoni za przesuwaniem granic w końcu coś odmówi posłuszeństwa. Ludzki organizm jest tak skomplikowanym mechanizmem, że zawsze znajdzie się owo małe coś, które w najmniej oczekiwanym momencie postanowi zastrajkować.

Sposobów na radzenie sobie z kontuzjami są miliony. Obstawiam, że w Polsce jakieś trzydzieści osiem milionów. Jedni uważają, że kontuzję najlepiej rozbiegać, inni z kolei radzić będą kilka dni odpoczynku. Sportowcy „monodycyplinarni” zazdroszczą triathlonistom, bo tym podczas kontuzji pozostają jeszcze dwie inne dyscypliny do trenowania. Cześć osób zapewne stwierdzi, że to wynik braku rozciągania, bądź rolowania (w zależności od tego na co akurat jest większa moda), albo zbyt obciążającego treningu. I pewnie większość z nich będzie miała rację.

Sześć dni po moim starcie na Tajwanie, tj. w sobotni poranek 24 marca, głównym treningowym punktem dnia było 20-kilometrowe wybieganie, czyli nic specjalnego. Jednak podczas tego biegu, mniej więcej tak w połowie zaczęło mnie pobolewać kolano. Szczerze mówiąc nawet na to za bardzo nie zwróciłem uwagi, bo niedziela była wolna, wiec do poniedziałku kolano odpocznie i będzie można od nowa przestawiać góry. W poniedziałek do zrealizowania miałem cięższy rower zakończony 4-kilometrowym biegiem, wiec na tych 4 km tak na dobre kolano nie miało nawet za bardzo czasu mnie rozboleć. Jednak wtorkowy bieg, który zresztą musiałem przerwać, pokazał mi że mam problem. No ale skoro nie mogę biegać, to przecież mogę jeździć. I jeździłem. Czasami kolano się odzywało, ale tłumaczyłem sobie, że to normalne. W niedzielę wielkanocną miałem przebiec 10 km, żeby sprawdzić jak mają się sprawy z kolanem. Niby nie bolało, ale jednak je czułem, choć nie na tyle, żeby trening przerwać. W poniedziałek poszedłem na dłuższy rower, który okazał się gwoździem do trumny. Trzeba było wyciągnąć grubsze działa, czyli pomoc fizjoterapeuty.

Niestety wszystko zbiegło się w czasie z moim wyjazdem na statek i obudziłem się z przysłowiową ręką w nocniku. Jechać trzeba, a kolano boli, diagnozy brak, ale trzeba mieć nadzieję, że jak odpuszczę trening w ogóle na 3 dni, to będzie dobrze. Po przyjeździe na statek, odczekałem owe 3 dni w międzyczasie testując właściwości rehabilitacyjne opasek Incrediwear, smarując kolano maścią przeciwzapalną i okładając je lodem. Pierwszą próbę biegu zakończyłem po dwóch minutach. Dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie, że problem jest o wiele poważniejszy niż początkowo sądziłem, a na dodatek zaczęła się pojawiać presja czasu… wszak do startu w The Championship pozostało 8 tygodni.

Będąc na statku jedyna pomoc fizjoterapeutyczna na jaką mogę liczyć ogranicza się do porady przez internet i telefon. Diagnozowanie dolegliwości przez którykolwiek z tych rodzajów łączności można porównać do próby opisywania kolorów osobie niewidomej. Na szczęście miałem ze sobą taśmy do kinesiotapingu, więc zacząłem szukać sposobu oklejenia kolana, który pozwoliłby mi na pozbycie się efektu, bo na diagnozę źródła bólu nie było szans. Ultrasonograf? Rezonans? Jasne. Najbliższy w szpitalu w Rabacie, do którego nikt mnie nie wyśle helikopterem, bo przecież jestem zdrowy. A to że nie mogę biegać ani jeździć na rowerze nikogo nie obchodzi. Zreszta sam nie miałbym czelności, aby poprosić o wysłanie mnie do szpitala z taką pierdołą. Pozostało więc czekać, rozciągać się, rolować w wydaniu ekstremalnym i szukać owego magicznego oklejenia. Ostatnie trzy tygodnie to kilkanaście różnych oklejeń kolana zwieńczonych maksymalnie trzema kilometrami biegu przerwanego nasilającym się bólem. Ze startem w Czempiniu już się pożegnałem, a wyjazd pod Bratysławę na The Championship zaczął się oddalać w zastraszajacym tempie. W mieszance fatalistyczno-defetystycznych myśli zacząłem nawet rozważać porzucenie „ścigania się” na rzecz freestylowego biegania i jeżdżenia na rowerze, co bardzo szybko i zdecydowanie wybił mi z głowy mKon.

Jednak w minioną niedzielę pojawiło się światełko w tunelu. Ostatnie oklejenie kolana pozwoliło mi w miarę komfortowo przebiec 8 kilometrów. Jakież było moje szczęście, gdy następnego dnia mogłem usiąść na rowerze i również bez problemów jechać przez godzinę, a następnie przebiec trzy kilometry. Jednak nadal z tylu głowy miałem obawy, czy aby to światełko w tunelu nie jest światłem nadciągającej lokomotywy. Kolejny dzień przyniósł kolejny 8-kilometrowy bieg i tutaj już było bardzo dobrze. W ciągu ostatnich czterech dni wykonałem cztery treningi i kolano mnie nie boli. Widać ostatnie oklejenie okazało się skuteczne w eliminacji bólu, ale nie oznacza to, że historia dobiegła końca. Zaraz po powrocie do domu umówiony jestem na rezonans magnetyczny i wizytę u cudotwórcy, który mam nadzieję poskłada mnie do kupy.

Tak więc straciłem cztery z dziewięciu tygodni przed startem na Słowacji. Zamiast walczyć o życiówkę (4:28:57) mam nadzieję pojechać tam i złamać pięć godzin. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo prosto z Samorin pojadę na kilka dni poszwendać się po Tatrach, a jak kolano pozwoli to 10 czerwca wystartuję w Karkonoszmanie. Tak się zastanawiam, czy owo kolano nie jest kopniakiem od losu, swego rodzaju przestrogą przed rosnącym apetytem. Do tej pory wyznawałem zasadę „jedzenia małą łyżeczką”, jednak zaplanowany przeze mnie sezon 2018 wydaje się być jej kompletnym zaprzeczeniem. Początkowo miałem wystartować na Tajwanie i na Słowacji, a na okres wakacyjny nic specjalnego nie planowałem. Jednak na początku marca pojawiła się możliwość startu w Norsemanie, a takiej okazji nie mogłem przepuścić. Na Tajwanie z kolei udało mi się zrealizować jedno z marzeń, tj. zakwalifikować na wrześniowe mistrzostwa świata Ironman 70.3. Normalnie klęska urodzaju! I wtedy wkracza ona, cała na biało – KONTUZJA – i niweczy misternie ułożony plan. Pozostaje mieć nadzieję, że w końcu udało mi się ją okiełznać i uda się coś uratować z tego „sezonu marzeń”.

el Kapitano

el Kapitano

editor

el Kapitano. Marynarz. Triathlonista. Więcej w zakładce "o mnie".

Jeden komentarz

  1. Drewbiacki

    Uuuuojesssssu, dobre plany!
    Trzymam kciuki, by kontuzja
    dała żyć.

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *