Triathlonowy rzemieślnik i artysta

Czasami odnoszę wrażenie, że ilości danych, jakie otaczają nas ze wszech stron podczas treningów i startów jest wprost przytłaczająca. Zwróciliście uwagę, jak to wygląda w przypadku zawodowców ścigających się na krótszych dystansach w ramach ITU? Jeżeli kiedykolwiek oglądaliście relację lub zdjęcia z imprez ITU, to pierwsze, co rzuca się w oczy, to brak sportowych zegarków na nadgarstkach najszybszych triathlonistek i triathlonistów świata. Z jednej strony dystanse i formuła, w jakich się ścigają, powodują, że mogą być one zbędne, a nawet przeszkadzać. Wszak taktyka zależy od sytuacji na trasie, tego, w jakiej grupie dany zawodnik się znajduje, jak się czuje, a nie tego, co pokazuje mu pulsometr. Zawodnicy ścigają się między sobą, a nie ze swoimi zegarkami. Jednak z drugiej strony, czy analiza zapisu tętna po zawodach nie pozwoliłaby na wyciągnięcie pewnych wniosków?

Trochę światła na ten temat rzuciła mi rozmowa z Mateuszem Kaźmierczakiem, który przyznał, że mocne treningi biegowe realizuje bez pulsometru, najczęściej na stadionie, więc jedyne, czym się kieruje, to czasy kolejnych okrążeń i subiektywne odczucia. Tylko w ten sposób można zrozumieć i nauczyć się własnego organizmu. Dopiero nauczenie się siebie pozwala odróżnić artystę od rzemieślnika. Nie znaczy to wcale, że topowe zawodniczki i topowi zawodnicy w ogóle nie korzystają z pulsometrów. W prywatnej rozmowie Andrea Hewitt i Richard Murray przyznali, że korzystają z pulsometrów w treningu biegowym, ale starają się, aby uzupełniał on najważniejszy zestaw czujników, jaki człowiek ma do dyspozycji, tj. własne zmysły. Zawodnicy przechodząc do dłuższych dystansów kontynuują rywalizację bez zegarków sportowych, a to wszystko dzięki temu, że nauczyli się słuchać swojego ciała. Tyle zawodowcy. Ludzie, którzy z definicji powinni aspirować do miana „artystów”. A co z amatorami?

Nie ukrywam, że analiza danych z treningów i zawodów to zajęcie dla mnie wielce interesujące. Startując w 2015 roku w gdańskim półmaratonie już od pierwszych kilometrów czułem, że to jest mój dzień, choć zegarek pokazywał co innego. Postanowiłem jednak zaufać sobie i w ogóle nie zwracałem uwagi na zegarek. Owszem, było to ryzykowne, ale czasem (nie za często) takie ryzyko się opłaca, bo udało mi się osiągnąć bardzo dobry wynik. Do artysty mi bardzo daleko, ale nauczyło mnie to, że trzeba się uczyć słuchania własnego organizmu. Elektronika niesamowicie ułatwia trening i ściganie się w triathlonie, jednak przekonałem się, że jest ona zawodna, a prawo Murphy’ego mówi, że najczęściej zawiedzie nas w momencie, kiedy najbardziej jej potrzebujemy. I co wówczas? Zejść z trasy? Poddać się? Nic z tych rzeczy. Nauczenie się słuchania własnego organizmu jest kluczem do stania się zawodnikiem kompletnym. Niezależnie od poziomu sportowego. Wszak w każdym z nas jest odrobina artysty.

Artykuł ukazał się w magazynie „Triathlon” będącego częścią miesięcznika „Bieganie” w kwietniu 2016 roku.

el Kapitano

el Kapitano

editor

el Kapitano. Marynarz. Triathlonista. Więcej w zakładce "o mnie".

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *