Siodełko Cobb Fifty-Five

Jednym z pierwszych problemów z jakimi boryka się większość początkujących kolarzy, a w szczególności triathlonistów, jest drętwiejące krocze podczas długotrwałej jazdy na rowerze. Gdy pytają oni swoich bardziej doświadczonych kolegów o sposób na pozbycie się tej dolegliwości najczęściej udzielaną radą jest uzbrojenie się w cierpliwość, bo z czasem przejdzie. Analogicznie, jak w przypadku pracy fizycznej. Początkowo codziennie będą robiły się odciski na dłoniach, ale z czasem przestaną. O ile jest to po części prawda, to jest jedno prostsze rozwiązanie, dzięki któremu problemu drętwiejącego krocza można się pozbyć „od ręki”.

W moim przypadku sposobem na natychmiastowe pozbycie się ucisku na tkanki miękkie, oraz związane z tym zaburzenia przepływu krwi, była zmiana siodełka na model „bez nosa”. W teorii powinienem był próbować pozbyć się tego ucisku szukając bardziej optymalnej pozycji tradycyjnego siodełka, ale albo robiłem to w sposób niewłaściwy, ale takiej optymalnej pozycji znaleźć nie mogłem. Następnie wypróbowałem siodełko „z dziurą”, jednak efekt końcowy nie był taki jakiego oczekiwałem. Dopiero po tym, jak przesiadłem się na siodło „bez nosa”, problem zniknął bez jakiejkolwiek zabawy z optymalizacją pozycji siodełka, więc w moim przypadku rozwiązanie to sprawdziło się idealnie. Mój wybór padł na siodełko ISM Adamo Road2, które to w 2010 roku było jednym z niewielu dostępnych na rynku modeli „bez nosa”. Niestety nie było to siedzisko idealne dla każdego. Przede wszystkim dlatego, że było modelem dość szerokim w swojej przedniej części. Jednym ze sposobów na jego zwężenie było użycie opaski zaciskowej do zbliżenia prętów, jednak nawet po takim zabiegu nie każdemu takie siodełko pasowało.

W listopadzie ubiegłego roku w moje ręce, a właściwie pod moje cztery litery na rowerze czasowym trafiło siodełko Cobb Fifty-Five. Na pierwszy rzut oka niemal identyczne, jak ISM Adamo Road2, z którego korzystałem, jednak po dokładniejszym przyjrzeniu się okazało się być nieco węższe, ponieważ jak sama nazwa wskazuje, jego szerokość w przedniej części wynosi 55 mm. Będąc przy wymiarach wspomnijmy jeszcze, że szerokość w tylnej części siodełka wynosi 135 mm, jego długość to 260 mm, a otwór w środkowej części ma 15 mm szerokości i 150 mm długości. Fifty-Five jest pierwszym siodełkiem bez nosa w kolekcji Johna Cobba, który produkcją siodełek zajmuje się od 2008 roku. John Cobb jest ekspertem w dziedzinie bikefittingu i aerodynamiki, co ma wielki wpływ na jego produkty, które początkowo dedykowane były głównie dla triathlonistów.

Siodełko Cobb Fifty-Five jest modelem „bez nosa” dedykowanym dla triathlonistów i kolarzy specjalizujących się w jeździe na czas. Brak nosa powala na przyjęcie pozycji niższej i przesuniętej bardziej do przodu niż w przypadku tradycyjnych siodełek, a wszystko za sprawą większej rotacji miednicy. Efektem niższej i bardziej przesuniętej do przodu pozycji jest zmniejszenie powierzchni czołowej zawodnika, a co się z tym wiąże redukcja największego źródła oporu podczas jazdy na rowerze. Dodatkowo konstrukcja oraz materiał z jakiego wykonano siodełko gwarantują komfort na miejscu styku nawet podczas długich jazd w agresywnej pozycji czasowej. Przynajmniej w moim przypadku. Wspominam o tym dlatego, ponieważ każdy z nas jest inny, jesteśmy inaczej zbudowani i dla niektórych osób siodełko to może być w przedniej części za wąskie, bądź za szerokie. Co prawda można „zmieniać” jego szerokość przesuwając je na prętach do przodu, lub tyłu i w ten sposób szukać złotego środka, ale nawet to nie jest gwarantem stuprocentowego sukcesu na tym polu. Dlatego też warto siodełko to (i każde inne w miarę możliwości co do zasady) przetestować przed zakupem. W tym celu należy wpłacić na konto dystrybutora kwotę równą wartości siodełka, a na okres testowy zostaje udostępnione pełnowartościowe siodełko testowe w kolorze zielonym. Po zakończeniu okresu testowego siodełko testowe zostaje wymienione na nowe (o ile podjęta zostanie decyzja o jego zakupie), lub pieniądze zostaną zwrócone (w przypadku rezygnacji z zakupu), bądź siodełko testowe zostanie wymienione na testowy egzemplarz innego modelu producenta.

Siodełko jest stosunkowo miękkie, rzekłbym nawet „mięsiste” i nawet przy długotrwałej jeździe w pozycji czasowej w spodenkach triathlonowych (z cieńszą wkładką niż w klasycznych spodenkach kolarskich) nic mnie nie gniotło, jednocześnie nie powodując żadnych otarć po wewnętrznej stronie ud. Taka budowa siodełka powoduje, że waży ono aż 330 gramów. Z jednej strony to dużo jak na siodełka kolarskie, jednak moim zdaniem konfort wart jest tego poświęcenia.

Osoby przesiadające się z tradycyjnego siodełka na model „bez nosa” zmuszone będą nieco skorygować jego pozycję. Otóż konieczne będzie przesunięcie modelu „bez nosa” do tyłu w stosunku do pozycji klasycznego siodełka o około dwóch do trzech centymetrów. Jest to jednak wartość orientacyjna i uzależniona od anatomii zawodnika. Stosunkowo długie pręty siodełka pozwolą jednak na znalezienie optymalnej pozycji w osi przód-tył. Same pręty są okrągłe, dzięki czemu są kompatybilne z większością sztyc. Wyjątkiem będą jedynie sztyce z nietypowe jarzemkami, jak chociażby nowsze modele sztyc firmy Bontrager. Będąc przy prętach warto podkreslić fakt, że w przedniej części, pod siodełkiem pręty są ze sobą połączone. Powoduje to, że przeciwnie jak w przypadku innych siodełek „bez nosa” praktycznie wyeliminowany został potencjalny problem z możliwością obniżenia się jednej części siodełka wraz z czasem, jak miało to miejsce w moim siodełku firmy ISM Adamo. Wszystko jednak kosztem braku możliwości regulowania szerokości przedniej części siodełka poprzez użycie opasek zaciskowych. Tylną część siodełka wyprofilowano tak, aby stworzyć hak ułatwiający powieszenie roweru na stojaku w strefie zmian. Jednak hak ten może okazać się nieprzydatny, gdy do siodełka dokupimy dedykowane uchwyty na bidon, bądź biodny, jakie w swojej ofercie ma firma Cobb.

Siodełko Cobb Fifty-Five kosztuje 999 złotych, a do wyboru jest siedem wersji kolorystycznych. Niejedna osoba mogłaby się popukać w głowę widząc tą cenę, jednak biorąc pod uwagę komfort jaki można dzięki niemu osiągnąć (zarówno w pozycji czasowej, jak i w górnym chwycie), oraz patrząc na ceny topowych modeli innych producentów uważam, że za wygodę warto zapłacić więcej, a poza tym zawsze mogło być drożej.

el Kapitano

el Kapitano

editor

el Kapitano. Marynarz. Triathlonista. Więcej w zakładce "o mnie".

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *