Fot. Arnold Björnsson

Challenge Iceland – połówka na północy

Z nazwy wyspa lodu, choć właściwszym byłoby nazywanie jej wyspą ognia. Zawieszona pomiędzy Europą i Ameryką Północną. Jej powierzchnia odpowiada mniej więcej jednej trzeciej powierzchni Polski, przy liczbie ludności zbliżonej do populacji Lublina. Stolicą jest Reykjavik, najbardziej na północ wysunięta stolica świata, a Challenge Iceland jest najbardziej na północ organizowanym triathlonem na dystansie 70,3 mili. Gdy po raz pierwszy natknąłem się na zdjęcia z tej imprezy, to momentalnie trafiła na moją triathlonową listę życzeń. Poza tym zwyczajnie, tam mnie jeszcze nie było.


Fot. Arnold Björnsson

23 lipca 2017 roku odbyła się druga edycja triathlonu Challenge Iceland, jednak historia imprez triathlonowych na Islandii sięga 2006 roku, a pierwsza „połówka” pękła na Islandii już rok później. Od 2013 roku na półwyspie Snæfellsnes organizowany jest koleżeński triathlon na dystansie 140,6 mili. Jednak to Challenge Iceland jest największą imprezą triathlonową na wyspie, która z racji swojej rangi przyciąga zarówno zawodowców, jak i amatorów z całego świata. W edycji „testowej” w 2015 roku brał udział sam Chris McCormack, w 2016 roku rywalizację pań wygrała Heather Wurtele, a w 2017 roku na starcie oprócz małżeństwa Wurtele stanęli m. in. Justin Metzler, Jeanii Seymour, Jordan Rapp, Prezes Klubu Sportowego Niemaniemogę Pan Wojciech Suchowiecki, czy w końcu piszący te słowa skromny marynarzyk.


Fot. Arnold Björnsson

Cóż jest takiego w tej imprezie, że przyciąga legendy ścigania się na długim dystansie i triathlonowych zapaleńców z odległych krajów? Przede wszystkim przygoda. Islandia może nie jest popularnym kierunkiem wczasowym dla Polaków, ale sprawy mają się zgoła inaczej, jeśli mówimy o kierunkach emigracji zarobkowej. Nasi rodacy stanowią 3% populacji Islandii i są, zaraz po Islandczykach, najliczniejszą grupą etniczną. Tak na dobrą sprawę do masowej świadomości Islandia trafiła w 2008 dzięki kryzysowi finansowemu i ponownie w 2010 roku za sprawą erupcji wulkanu Eyjafjallajökull z powodzeniem paraliżującej ruch lotniczy w północnej Europie. Poza tym o Islandii wiemy niewiele. A szkoda, bo jest to piękny kraj, o bogatej historii, a ludzie w nim żyjący są uśmiechnięci i uczynni.


Fot. Arnold Björnsson

Za sprawą już ponad dziesięciu tysięcy naszych rodaków żyjących i pracujących na Islandii możemy pochwalić się dobrze rozwiniętą siecią połączeń lotniczych z tą wyspą. Kilka razy w tygodniu samoloty linii lotniczych Wizz Air i WOW air odlatują bezpośrednio do Keflaviku z Gdańska, Katowic, Wrocławia i Warszawy. Dla przykładu lot z Gdańska do Keflaviku trwa nieco ponad trzy godziny, a kupując bilet lotniczy w dwie strony z dwumiesięcznym wyprzedzeniem powinniśmy się zmieścić w tysiącu złotych (włączając w to przewóz roweru i bagażu). Warto wspomnieć, że linia WOW air jest jednym ze sponsorów imprezy i zawodnicy startujący w Challenge Iceland zwolnieni są z opłaty za bagaż i sprzęt sportowy wybierając połączenia własnie tej linii, jak na przykład na trasie z Warszawy do Keflaviku. Z lotniska do Reykjaviku dostaniemy się autobusem linii Flybus za około 100 złotych.



Biuro zawodów zlokalizowane jest w hotelu Grand w Reykjaviku i to właśnie stolica wyspy wydaje się być najodpowiedniejszym miejscem na wybór bazy noclegowej. Islandia nie jest tanim miejscem i dobitnie odczujemy to na przykładzie wyspiarskiego wiktu i opierunku. W hostelu za dwuosobowy pokój ze wspólną łazienką za trzy noce zapłacimy około tysiąc złotych. Wynajęcie dwuosobowego mieszkanka na taki sam okres czasu to wydatek co najmniej dwa razy większy. Wybierając hotel kwota ta zaczynać się będzie od dwóch tysięcy złotych. Sam koszt wpisowego w zależności od momentu zapisania się wynosi od około 1100 do około 1400 złotych. Jednak spieszyć się z zapisami nie trzeba aż tak bardzo (chyba że wspomniany aspekt finansowy), bo pakietów na pewno nie braknie, a zgłoszenia przyjmowane są nawet na tydzień przed startem.


Fot. Arnold Björnsson

Jako że start i meta zlokalizowane są nad fiordem wielorybów, czyli z islandzkiego Hvalfjörður, położonym w odległości około pięćdziesięciu kilometrów od stolicy wyspy, to najrozsądniejszym sposobem na dostanie się z Reykjaviku na start i późniejszy powrót do miasta jest skorzystanie z opcji wykupienia transferu siebie i roweru u organizatora zawodów, którego koszt wynosi około 200 złotych. Autokar odjeżdża spod hotelu Grand o godzinie 7 rano, czyli trzy godziny przed startem, a na miejsce dojeżdża po około 40 minutach, akurat po otworzeniu strefy zmian.


Fot. Arnold Björnsson

Etap pływacki na dystansie 1900 metrów zlokalizowany jest w jeziorze Meðalfellsvatn, do którego spływają liczne strumienie z otaczających je gór, na których szczytach skrzy się w słońcu śnieg (o ile oczywiście uda mu się przebić przez chmury, a więc nieczęsto). Między innymi z tego powodu, a także dzięki niewysokim temperaturom powietrza jego wody można dyplomatycznie nazwać zimnymi. Jeżeli woda podczas olsztyńskiej olimpijki jest dla Was za zimna, to na Islandii nie macie czego szukać. W 2017 roku temperatura wody w warstwie powierzchniowej wynosiła raptem 12 i pół stopnia Celsjusza, a historycznie osiągała nie więcej, jak 15 stopni Celsjusza. Organizator zaleca korzystanie z neopranowych skarpet i czepków, ale zabrania użycia neoprenowych rękawic. Jeśli Wam się poszczęści, jak piszącemu te słowa, to ze względu na silny wiatr i niską temperaturę wody pływanie może zostać skrócone, a przebieg trasy nieco zmodyfikowany. Nie martwcie się, to co w takim przypadku zyskacie, szybko oddacie na etapie kolarskim.



W tym miejscu warto zatrzymać się przy pogodzie. Warunki atmosferyczne na Islandii są kompletnie nieprzewidywalne. Niemal każda rozmowa z tubylcem zawierać będzie wzmiankę o pogodzie i próbę odgadnięcia jaka ona będzie w najbliższych godzinach. Pomimo swojej bezużyteczności prognozy pogody są śledzone przez Islandczyków z namiętnością równą oglądaniu meczów piłki ręcznej (sport narodowy jakby coś). Wszystko to jednak na nic, ponieważ jak już wspominałem pod względem pogodowym dzieją się na tej wyspie rzeczy wręcz szalone. Nie inaczej było podczas tegorocznego triathlonu, kiedy to wiatr w porywach osiągał prędkość ponad stu kilometrów na godzinę, temperatura powierza wynosiła 13 stopni Celsjusza, a ta odczuwalna była o pięć stopni niższa. Szczęśliwie Loki oszczędził nam w ten dzień deszczu, bo chyba tylko tego brakowało nam do pełni islandziekiego szczęścia. Jeśli więc zamierzacie wystartować w zawodach Challenge Iceland to wybijcie sobie z głowy zastosowanie pełnego koła z tyłu i wysokiego stożka z przodu, oraz spakujcie czapki, rękawiczki, ciepłe skarpetki, bluzy z długimi rękawami i kamizelki kolarskie. Islandzkie lato w pełni…


Fot. Arnold Björnsson

Etap kolarski od brzegów jeziora Meðalfellsvatn prowadzi na północ do wybrzeży fiordu Hvalfjörður, a następnie przez ponad czterdzieści kilometrów wzdłuż jego brzegów starym odcinkiem drogi krajowej numer 1, prowadzącej z Reykjaviku do Akureyri. W momencie oddania do użytku tunelu drogowego pod fiordem Hvalfjörður w 1998 roku ruch samochodowy na tym odcinku drogi krajowej spadł praktycznie do zera. Biorąc to pod uwagę, a także niską liczbę uczestników imprezy organizator zdecydował o przeprowadzeniu rywalizacji kolarskiej przy otwartym ruchu drogowym, na co z pewnością też należy zwrócić uwagę. Nie jest to jednak problemem, ponieważ w niedzielne przedpołudnie na trasie kolarskiej spotkałem raptem kilkanaście samochodów. Trasa ma charakter pofałdowany, a jej nawierzchnia jest bardzo dobra. Na odcinku 90 kilometrów (odmierzone co do centymetra) suma przewyższeń wynosi nieco ponad 650 metrów. Przyznam się szczerze, że to właśnie lokalizacja etapu kolarskiego spowodowała, że zapragnąłem startu w Challenge Iceland. Można by wiele o urokliwości tego miejsca napisać, ale w tym przypadku kilka obrazków warte jest więcej niż tysiące słów.


Fot. Arnold Björnsson

Etap biegowy liczący 21,1 km (ponownie wymierzone co do centymetra) prowadzi na dwóch pętlach początkowo wzdłuż brzegów jeziora Meðalfellsvatn, a następnie na zachód wzdłuż Meðalfellsvegur. Na jednej pętli przyjdzie nam się zmierzyć z dwoma podbiegami, a suma przewyższeń na dystansie półmaratonu to 220 metrów. Naszym największym sprzymierzeńcem na etapie biegowym będzie na pewno temperatura powietrza, ponieważ upały nam nie grożą. Jedyne co może nas spowalniać to wszechobecny wiatr w połączeniu z długimi prostymi i odsłoniętym terenem, oraz pofałdowana miejscami trasa, jednak tutaj nie przyjeżdża się po wynik. Ubiegłoroczna zwyciężczyni Heather Wurtele podsumowując tegoroczną edycję Challenge Iceland stwierdziła „to jest Islandia, przyjeżdżamy tutaj na ciężki epicki wyścig i dokładnie to dostajemy”.



Jeśli z Reykjaviku na start dotarliśmy w autokarze podstawionym przez organizatora, to przyjdzie nam poczekać do 18, kiedy to zostaniemy zabrani na rozpoczynającą się o 19 ceremonię wręczenia nagród i afterparty, a dopiero o 21 wyruszymy w drogę powrotną do stolicy, meldując się w niej chwilę przed 22. Czeka nas więc dłuuugi dzień.


Fot. Wojciech Suchowiecki

Czy warto się wybrać na Islandię i wystartować w tych zawodach? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na tak postawione pytanie. Dla jednych barierą będą koszty z tym związane, dla innych warunki atmosferyczne, itp. Ja jednak nie żałuję swojej decyzji o udziale w tym triathlonie. Start ten na długo pozostanie w mojej pamięci. Tutaj po prostu nie ma miękkiej gry, a określenie #racelikeaviking nie wzięło się z niczego. Z drugiej strony otaczająca natura zdecydowanie rekompensuje każdą trudność na trasie. Challenge Iceland bardzo przypominał mi Triathlon Karkonoski. Równie niesamowity klimat, rodzinna wręcz atmosfera i bajeczne trasy. Poza tym wróciłem z tarczą (oraz ze szkiełkiem), więc jak mógłbym żałować tego wyjazdu?!


Fot. Wojciech Suchowiecki



el Kapitano

el Kapitano

editor

el Kapitano. Marynarz. Triathlonista. Więcej w zakładce "o mnie".

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *