Kask – historia i przestroga

Kaski kolarskie przeszły daleką drogę, od tzw. bananów, czyli skórzanych konstrukcji, przez plastikowe wydmuszki pozwalające na zmniejszenie oporu aerodynamicznego, po znane obecnie konstrukcje spełniające określone normy bezpieczeństwa. Wokół ich użycia od lat toczy się gorąca debata – ilu przeciwników, tylu zwolenników. W zawodowym peletonie obecne są obowiązkowo od 2003 roku, jako pokłosie upadku Andrieja Kiwiliewa. Kazach podczas startu w wyścigu Paryż–Nicea zderzył się z Markiem Rutkiewiczem i Volkerem Ordowskim, w efekcie czego upadł i uderzył głową o asfalt. Dzień później zmarł w szpitalu w Saint-Étienne, a przyczyną śmierci było pęknięcie czaszki i uszkodzenie mózgu. Już dwa miesiące później, podczas Giro d’Italia, kaski były obowiązkowe. Peleton był w tej kwestii podzielony, ale prawo jest prawem i jeździć w kaskach musiano, a z czasem ów obowiązek przestano kwestionować.

Nie oznacza to jednak, że kask jest stuprocentową ochroną. Osiem lat później, podczas trzeciego etapu Giro, młody Belg z drużyny Leopard Trek, Wouter Weylandt, podczas zjazdu przy prędkości około 80 km/h stracił panowanie nad rowerem i zahaczywszy pedałem o krawężnik z lewej strony jezdni, został wyrzucony na ścianę po jej prawej stronie. W wyniku uderzenia zginął na miejscu, a bezpośrednią przyczyną śmierci było pęknięcie podstawy czaszki. Kask nie pomógł.

Na chwilę obecną jedynie w Australii i Nowej Zelandii użycie kasków przez wszystkich rowerzystów jest nakazane przez prawo. Jest kilka krajów, w których w teorii obowiązują takie same przepisy, ale nie są egzekwowane, a co się z tym wiąże, powszechnie przestrzegane. W niektórych krajach kaski są obowiązkowe dla dzieci, jeszcze gdzie indziej (między innymi w Polsce) panuje pełna dowolność. Organizacje zrzeszające rowerzystów są zazwyczaj przeciwne obowiązkowi jazdy w kasku i przedstawiają wyniki badań, według których osoba jeżdżąca w nim jest bardziej zagrożona przez innych uczestników ruchu drogowego, niż rowerzysta bez kasku, choć jednocześnie zalecają zakładanie ich dzieciom.

Rozumiem potrzebę wolności wyboru, poczucia panowania nad własnym losem, i tak dalej, ale nie rozumiem narażania własnego zdrowia lub życia dla uczucia wiatru we włosach, podczas gdy wymagamy od naszych dzieci jazdy w kasku. Dla takiego dziecka jesteśmy wzorem. Jak mamy w nim zaszczepić poczucie obowiązku bezpiecznej jazdy i ochrony własnego życia na rowerze, skoro sami dumnie prezentujemy postawę chojraka? Gdy nakazano zapinanie pasów bezpieczeństwa w samochodach, podniosło się podobne larum o ograniczeniu prawa decydowania o własnym losie, ale z czasem większość z nas przestała na to zwracać uwagę. Zapewne podobnie byłoby z obowiązkowym użyciem kasków na rowerze. Szczerze mówiąc nie robi mi to różnicy, czy będziecie jeździli w kasku, czy nie. Dla mnie ważne jest, że zarówno ja, jak i moi bliscy właśnie tak jeździmy. Zbyt dużo widziałem urazów głowy będących efektem jazdy z gołą głową na rowerze. Wybór należy do was.

Artykuł ukazał się w magazynie „Triathlon” będącego częścią miesięcznika „Bieganie” w październiku 2016 roku.

el Kapitano

el Kapitano

editor

el Kapitano. Marynarz. Triathlonista. Więcej w zakładce "o mnie".

2 komentarzy

  1. Mat

    Zawsze w kasku! boli mnie jak widzę całe rodziny na wycieczkach rowerowych jeżdżące bez kasku! Rodzice bez niego
    to standard ale zdarzają się też dzieci! jak można być aż tak nieodpowiedzialnym?

  2. slaszLDR

    Jest jeden przypadek gorszy niż jazda bez kasku. To jazda w kasku niezapiętym. Dziwi mnie jak można coś kupić i
    udawać, że się tego używa? Wiem co piszę bo mi dobrze założony kask uratował życie.

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *