Cape Epic – logistyka wyścigowa

Załóżmy, że udało Ci się zapisać na Cape Epic, zarezerwowałeś zarówno loty tam i z powrotem do Kapsztadu, jak i noclegi przed i po wyścigu, to znaczy załatwiłeś wszelkie sprawy związane z logistyką okołostartową. Zanim jednak rzucisz się w wir trenowania do wyścigu swojego życia, to warto jeszcze zaplanować kilka rzeczy związanych z logistyką wyścigową, tj. pomiędzy startem pierwszego, a metą ostatniego etapu.



Kwestią podstawową jest nocleg. W ramach pakietu startowego organizator zapewnia dwuosobowy namiot pozostający do dyspozycji jednego zawodnika. W środku namiotu znajduje się jednoosobowy materac wraz z prześcieradłem, a miejsca jest tyle, żeby bez problemu pomieścić zawodnika i jego dobytek, który i tak musiał się zmieścić do torby dostarczonej wcześniej przez organizatora. Wydawało mi się, że chyba każdy spędził choć jedną noc swojego życia w namiocie. Do czasu aż Michał przyznał, że to będzie jego debiut. I tu uwaga! Jeśli masz podobnie, to koniecznie zanim pojedziesz na Cape Epic i zdecydujesz się na nocleg w namiocie prześpij się choć raz na tłocznym polu namiotowym, najlepiej w deszczową i wietrzną noc, ewentualnie na festiwalu muzycznym. Szybko się wtedy dowiesz na co się piszesz. Nie mówię, że jest to coś złego, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że nie jest to najbardziej komfortowy rodzaj noclegu, a już zwłaszcza na wyścigu etapowym. Jeżeli potrzebujesz większego komfortu, to pozostają jeszcze trzy opcje.



Pakiet premium (noclegi w hotelach wraz z wyżywieniem i transferami na start i z mety), nocleg we własnym (lub wynajętym) kamperze, ale wówczas musisz znaleźć kierowcę, który będzie przemieszczał się pomiędzy kolejnymi „obozowiskami”, lub wynajęcie domu/mieszkania/pokoju na czas wyścigu i codzienne dojeżdżanie na start i powrót z mety. Pakiety premium nie dość, że kosztują kilkanaście tysięcy złotych za osobę, to bywa, że rozchodzą się jeszcze zanim rozpocznie się loteria pakietów startowych. Zauważyłem jednak, że wcale nie jest to najbardziej komfortowa opcja. Gdyby po dotarciu do mety kierowca zabierał mnie prosto do hotelu, to dlaczego nie, ale kierowcy czekali na „zapełnienie” swojego busa, który udawał się do konkretnego hotelu, co powodowało, że niektórzy zawodnicy musieli się sporo naczekać, zanim mogli zostać odwiezieni do hotelu. Wynajem domu, lub mieszkania, czy pokoju i dojazd codziennie rano na start, oraz powrót po dotarciu do mety może się wydawać niegłupim rozwiązaniem, ale znów musimy liczyć się z koniecznością wynajmu samochodu i przywiezienia ze sobą kierowcy (o ile nie mamy „wujka” mieszkającego w okolicy Kapsztadu), ponieważ kilka etapów kończy się w innych miejscach niż zaczyna, no i należy się liczyć z „marnowaniem” codziennie około dwóch godzin (a czasem nawet więcej) na dojazdy tam i z powrotem. Analogiczna sytuacja ma miejsce w przypadku wyboru pakietu premium. O ile po dotarciu do mety tą godzinę transferu jeszcze można zaakceptować, to największym „bólem” musi być to ultra wcześniejsze wstawanie.



Wybierając nocleg w kamperze trzeba się liczyć z koniecznością jego wynajęcia po dotarciu do Kapsztadu na co najmniej osiem dób, opłacić miejsce postojowe w „obozowisku” wyścigu, oraz zapłacić za bilet lotniczy do RPA i z powrotem dla naszego kierowcy. Kosztować to będzie około dwudziestu tysięcy złotych, ale w przypadku chęci walki o najwyższe pozycje, czy po prostu większego komfortu, jest to rozwiązanie najlogiczniejsze. Decydując się na nocleg w kamperze warto byłoby wybrać takiego kierowcę, który jednocześnie pełniłby funkcję fizjoterapeuty/masażysty.



Podobnie, jak w przypadku noclegu, wyżywienie jest wliczone w cenę pakietu startowego. Obejmuje ono śniadania i obiadokolacjekolacje w formie bufetów. Na mecie każdego etapu dodatkowo zawodnicy mają możliwość zjedzenia posiłków regeneracyjnych. Jednym słowem jedzenia w opór i nawet wybrednym powinno smakować, a gdyby to było za mało, to w obozowisku nie brakuje foodtrucków. Zauważyłem jednak, że zawodowcy (za wyjątkiem duetu przełajowych Svenów – Nysa i Vanthourenhouta) nie korzystali z wyżywienia zapewnionego przez organizatora i jedli posiłki przygotowane przez swoich „pomocników” w kuchniach kamperów. Jest to dla mnie jak najbardziej oczywsite i logiczne, ponieważ walcząc o najwyższe lokaty nie można sobie pozwolić na ryzyko zatrucia.


Fot. Anthony Churchyard

Bufety podczas etapów były tak bogato zaopatrzone, że śmiało można się było tam wybrać najeść, a przy okazji pojeździć na rowerze. Oczywiście, o ile komuś się nie „śpieszyło”. Na słodko, na słono, oprócz tego typowo sportowe żele, batony, tabletki (także z elektrolitami), oraz wszelkiej maści napoje, począwszy od wody, coli, soków, po izotoniki, czy rehydratory. Warto jednak wspomnieć o możliwości wykupienia u organizatora pakietu „własnego żywienia”. Wybrawszy tą opcję otrzymujemy podczas rejestracji od organizatora pięć bidonów o pojemności 800 ml, które są opisane naszym numerem startowym. Wieczorem przed kolejnym etapem zostawiamy trzy z nich z przygotowanymi przez nas izotonikami w wyznaczonym punkcie, a organizator zadba o to, aby dwa z nich czekały na nas odpowiednio schłodzone w drugim bufecie, a trzeci w trzecim bufecie. Puste bidony zostawiamy w bufetach i wieczorem odbieramy je w obozowisku.



Jako, że start większości etapów ma miejsce między godziną 7 i 8 rano, to istnieje spore prawdopodobieństwo, że na pierwsze 20-30 kilometrów będziemy musieli się ubrać nieco cieplej, niż będzie to konieczne w dalszej części etapu. Doskonale zdają sobie z tego sprawę organizatorzy, którzy na każdym pierwszym bufecie organizują Strip Stop, czyli punkt, w którym można zostawić zbędne części garderoby. Wolontariusze umieszczają je w worku opisanym numerem zawodnika, który wieczorem można odebrać w obozowisku.


Fot. Anthony Churchyard

Po przekroczeniu linii mety wolontariusze odbierają od zawodników rowery, które trafiają najpierw do rowerowej myjni, a następnie na rowerowy parking. Dostęp do tego najpilniej strzeżonego miejsca w każdym obozowisku mieli tylko i wyłącznie zawodnicy, a opuścić go mogli jedynie ze swoim rowerem (na rowerze znajdowała się tabliczka z numerem startowym i naklejka z kodem kreskowym, a dane z nich musiały się zgadzać z numerem na opasce, którą zawodnik miał na ręce). Jednym z najczęściej zadawanych mi pytań po Cape Epic było to dotyczące serwisowania rowerów. Zawodnicy mogą serwisować swoje rowery we własnym zakresie, albo zlecić to specjalistom, których w okolicy nie brakowało. Dziesiątki, jak nie setki osób codziennie dłubały przy swoich rowerach, ale w naszej sytuacji woleliśmy to zlecić profesjonalistom. Po pierwsze dlatego, że nie uśmiechało nam się zabierać ze sobą narzędzi, czy części zamiennych, a po drugie czas, jaki by nam to zajęło woleliśmy poświęcić na odpoczynek. Obok głównego obozowiska rozbijał się „obóz pomocniczy”, gdzie rozkładali się ze swoimi kramami wszelkiej maści usługodawcy. W większości były to serwisy rowerowe, ale wśród nich można było znaleźć masażystów, pralnie, czy foodtrucki. Po dojechaniu do mety nie oddawaliśmy rowerów wolontariuszom i po szybkim posiłku regeneracyjnym okrężną drogą kierowaliśmy się właśnie do obozu pomocniczego, gdzie zostawialiśmy nasze rowery. Dlaczego okrężną? Nazwijmy to krótką aktywną regeneracją, czy schłodzeniem silników. Wybór serwisu rowerowego, któremu powierzymy swój sprzęt na tego typu wyścigu etapowym nie jest łatwą sprawą, szczególnie jeżeli startuje się w nim po raz pierwszy i robi się to z drugiej półkuli. Na szczęście na statku pracuję z chłopakiem pochodzącym i mieszkającym w Kapsztadzie, więc rozeznanie się w godnych polecenia serwisach oferujących swoje codzienne usługi podczas Cape Epic nie było większym problemem. Nasz wybór padł na prowadzony przez JP van Zyla serwis Tech Zone i okazał się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. JP dostrzegł niszę usług serwisowych na największych południowoafrykańskich wyścigach etapowych (a mają ich tam bez liku), gdzie dzięki bogatemu zapleczu sprzętowemu, oraz doświadczonej ekipie mechaników z powodzeniem ją zdominował. Owszem, pewnie można było znaleźć nieco tańszy serwis, którego usługi byłyby co najmniej tak samo dobre, ale najmocniejszą stroną JP była ilość i szeroki wybór części zamiennych. To niesamowite, ale miał dosłownie wszystko. Łożyska, szprychy, sztyce, mostki, kierownice, opony, tarcze, klocki, obręcze… po prostu nasz klient, nasz pan. Zapewne pomocna w doborze części zamiennych była znajomość specyfikacji każdego roweru, który objęty był opieką serwisową, jaką należało dostarczyć drogą elektroniczną na dwa tygodnie przed wyścigiem, ale to tylko pokazuje profesjonalizm w podejściu do tematu. Przy odbieraniu rowerów od zawodników przeprowadzany był krótki wywiad celem ustalenia potencjalnych technicznych problemów do rozwiązania, a następnie rower trafiał „na myjnię” i do serwisu. Dlaczego odradzono nam oddawanie rowerów na mecie? Ponieważ wolontariusze na myjni organizatora używali strumienia wody o wysokim ciśnieniu i zbytnio nie zawracali sobie głowy omijaniem newralgicznych miejsc. Rowery odbieraliśmy o godzinie 6 rano następnego dnia. Jeżeli konieczna była wymiana części podstawowych o niskiej wartości (łożyska, klocki, itp.), to robiono to bez autoryzacji, ale poważniejsze i kosztowniejsze wymiany (opony, pedały, obręcze, itp.) konsultowane były smsowo z zawodnikiem. Na koniec wyścigu sumowane i rozliczane były wydatki na części zamienne. Ile kosztuje taka przyjemność? W 2017 roku opieka serwisowa dla jednego roweru wynosiła 4500 randów, czyli około 1300 złotych. Czy to dużo? W mojej ocenie nie. Oddajcie rower do mechanika na pełny przegląd, dosłownie full opcję (z myciem, centrowaniem kół, demontażem łożysk, wymianą mleczka, itp.) i może się okazać, że 300 złotych nie wystarczy. Tu w cenie mamy 7 takich usług i co najważniejsze – w najwyższym standardzie! Zdecydowanie warte polecenia.


Fot. Anthony Churchyard

Kolejną rzeczą jaka jest na liście priorytetów to higiena. Po każdym etapie byliśmy tak brudni, że z czarnoskórymi zawodnikami żartowaliśmy na temat podobieństwa naszych odcieni skóry. W 2017 roku jednym z partnerów Cape Epic była firma Hansgrohe Africa, która odpowiedzialna była za prysznice. Było ich na tyle dużo… bodaj 40 (poza prologiem, gdzie było ich tylko osiem), że na żadnym etapie nie czekaliśmy dłużej niż 5 minut w kolejce do nich. Woda słodka jest bardzo cenna w RPA, szczególnie w okresie suszy, o czym na każdym kroku nam przypominano i proszono o jej rozsądne i oszczędne zużywanie. Liczenia przenośnych toalet nawet nie próbowałem się podjąć. Było ich na tyle dużo, że o żadnej porze nie zdarzyło mi się czekać na wolną toaletę. Jedynym wyzwaniem było wejście do niej w ciągu dnia, gdy na zewnątrz temperatura przekraczała 40 stopni Celsjusza.


Fot. Anthony Churchyard

Skoro my byliśmy brudni, to nawet nie wiem, jakiego słowa użyć, żeby określić stan, w jakim znajdowały się nasze ciuchy kolarskie. Jako, że posiadanie nowego kompletu kolarskiego na każdy etap nie wchodziło w rachubę, to zdecydowaliśmy się na wykupienie usług pralni. Po każdym etapie wieczorem oddawaliśmy odzież kolarską do prania i odbieraliśmy ją następnego dnia popołudniu, więc decydując się na tą opcję trzeba mieć ze sobą co najmniej dwa komplety kolarskie. Pakiet 6-dniowy kosztował 420 randów (około 120 złotych), ale istniała też możliwość wykupienia jednorazowego prania w cenie 20 złotych.



Miejscem, które cieszyło się sporą popularnością niekoniecznie połączoną z entuzjazmem był namiot szpitalny. Po odwodnieniu jakiego nabawiłem się po pierwszym etapie właśnie tam postawiono mnie na nogi. Gdy Michał miał problemy z „hydrauliką”, to tam udzielono mu pierwszej pomocy. Codziennie rano setki zawodników stało w kolejce do tzw. „bum clinic”, czyli „kliniki zawieszenia”, gdzie mogli zaaplikować sobie przeróżne maści przeciw otarciom i odparzeniom. Jakość świadczonych usług medycznych była na na prawdę wysokim poziomie (kilkunastu lekarzy, kilkadziesiąt pielęgniarek i ratowników medycznych).



W dobie elektryfikacji niemal wszystkiego człowiek nie może się obejść bez źródła zasilania. Jak naładować telefon, licznik, kamerę, czołówkę? Przecież w namiotach nie ma gniazdek elektrycznych. Zawodnicy radzili sobie z tym przeróżnie. Część z nich miała ładowarki solarne. Inni korzystali z gniazdek w namiocie regeneracyjnym, czy strefą odpoczynku, jak kto woli, ale gniazdek tych było kilka, a chętnych do ładowania dziesiątki, więc doświadczeni zawodnicy mieli ze sobą wszelkiej maści „złodziejki” i operacja ta wyglądała niemal tak, jak ładowanie telefonów w rosyjskiej armii. Najwygodniejszym rozwiązaniem było kupienie powerbanka od firmy Amped (zamawiało się go przez internet i odbierało podczas rejestracji na stanowisku firmowym). Codziennie przed startem oddawało się go w przyczepie Amped, gdzie od razu był podpinany do ładowarki, a popołudniu odbierało się go w pełni naładowanego. Pojemność jego ogniw wynosi 6000 mAh, co w praktyce wystarczało do pełnego naładowania baterii smartfona, licznika i kamery. Cena takiego powerbanka wynosi 990 randów, czyli około 290 złotych i zawarto w niej usługę ładowania powerbanka na wszystkich wyścigach obsługiwanych przez firmę Amped. Oznacza to, że w przypadku powrotu na Cape Epic nie musimy po raz kolejny go kupować.



Kolarze jak nie śpią, nie trenują i nie startują, to zatracają się w internecie. Nie inaczej było ze wszystkimi zawodnikami startującymi w Cape Epic. Firma Dimension Data dokonywała cudów, aby w obozowiskach oddalonych dziesiątki kilometrów od cywilizacji zawodnicy mogli się cieszyć dostępem do szerokopasmowego internetu. W XXI wieku nie wydaje się to niczym szczególnym, ale po ostatnich 7 latach, których sporą część spędziłem podróżując do pracy i z pracy przez kraje Afryki Subsaharyjskiej to jest na prawdę wielkie wyzwanie. Tym bardziej, że wieczorami osób jednocześnie korzystających z internetu było ponad dwa tysiące. Pokusiłem się nawet o test prędkości transferu danych i ku mojemu zdziwieniu wynik był trzycyfrowy – w najlepszym momencie 126 mb/s. Zasięgiem internetu bezprzewodowego objęty był całym teren obozowiska.


Fot. Anthony Churchyard

Integralną częścią obozowiska była strefa expo, gdzie wystawiali się sponsorzy i partnerzy wyścigu, a także sklepy rowerowe. Można tam było kupić niemal wszystko, co mogło być potrzebne kolarzowi podczas terenowego wyścigu etapowego. Chyba jedyną rzeczą, której mi tam brakowało był bankomat, jako że foodtruck z pizzą był jedynym punktem, który nie obsługiwał płatności kartami kredytowymi.

Nic oczywiście nie stoi na przeszkodzie (no może tylko poza finansami i dniami urlopowymi), aby zabrać ze sobą osobę towarzyszącą. Istnieje możliwość wykupienia dla niej pakietu wyżywienia i zakwaterowania w namiocie (dostaje ona osobny namiot). Niestety pakiet ten nie obejmuje transferów pomiędzy obozowiskami, więc gdy etap zaczyna się i kończy w innym miejscu, to osoba towarzysząca musi sobie zorganizować transport we własnym zakresie.



Świetnym sposobem na regenerację zmęczonych nóg po etapie jest odpowiednio wykonany masaż. Jedną z opcji dodatkowych oferowanych przez organizatora jest pakiet siedmiu 45-minutowych masaży wykonywanych przez studentów fizjoterapii. Oferta być może i kusząca, ale zawodnik nie ma wpływu na godzinę, jaka zostanie mu przydzielona, a może to być na przykład w trakcie kolacji, czy późnym wieczorem. Dlatego też nie zdecydowaliśmy się na tą opcję i polegaliśmy na rozciąganiu, rolce i automasażu. W zupełności nam to wystarczało. Okazało się jednak, że w obozie pomocniczym było kilka namiotów, w których niezależni fizjoterapeuci oferowali swoje usługi i w przeciwieństwie do „oficjalnych” masażystów nie byli zbytnio oblegani.

W 2017 rok drugi raz z rzędu prolog Cape Epic odbył się na malowniczych terenach Meerendal Wine Estate. Z reguły pierwszy etap nie rozpoczyna się w tym samym miejscu, w którym odbywa się prolog i po prologu trzeba się dostać do obozowiska w miejscu startu pierwszego etapu. Najprostszym sposobem na to jest wykupienie transferu bezpośrednio od organizatora. Dotyczy to zarówno zawodnika, jak i roweru.


Fot. Anthony Churchyard

Gdy start i meta etapu były zlokalizowane w innych miejscach, to wszelki dobytek zawodnika (poza rowerem, na którym startował i tym co miał na sobie) transportowany był przez organizatora, pod warunkiem, że zmieścił się w oficjalnej torbie, jaką zawodnicy otrzymują w pakiecie startowym. W mojej ocenie była ona wystarczająco duża, aby pomieścić poduszkę, ubrania, kosmetyczkę, elektronikę, odżywki, śpiwór, bidony, itp., itd., ale od zawodników, którzy ukończyli kilka edycji usłyszałem, że z roku na rok torby te są mniejsze. W przypadku zmiany obozowiska rano oddawało się torbę wolontariuszom i popołudniu po przybyciu na metę odbierało się ją w następnym obozie.

Dlaczego nie podaję dokładnych cen dodatkowych opcji? Ponieważ zmieniają się z roku na rok, a te na edycję 2018 poznamy 1 lipca 2017, kiedy to uruchomiona zostanie ich sprzedaż. Jak widać sama opłata startowa, która nie jest banalną sumą, to jest początek masy wydatków czekających zawodników. Pewnie można się bez tych wszystkich dodatków obejść, ale coś kosztem czegoś, jak to w życiu. Poza tym marzeń nie przelicza się na pieniądze. Ich realizacja jest bezcenna!

el Kapitano

el Kapitano

editor

el Kapitano. Marynarz. Triathlonista. Więcej w zakładce "o mnie".

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *