Cape Epic – dzień z życia

W teorii dzień zawodnika na każdej etapówce można by podsumować w czterech słowach „ride, eat, sleep, repeat”, ale prawda jest taka, że między tymi kluczowymi i oczywistymi czynnościami bywa jeszcze kilka innych, nie mniej ważnych. Zapraszam więc na dzień z życia zawodnika na Cape Epic.


Fot. Sportzpics, ABSA Cape Epic 2017

Na Cape Epic dzień zaczyna się o godzinie 5 rano. Niezależnie, czy startujesz z sektora UCI o godzinie 07:00, czy z dalszego o godzinę później, to i tak musisz się liczyć z porannym występem kobziarza. Jednego dnia wyłapałem dźwięki „Amazing Grace”, a ostatniego dnia padło na „Auld Lang Syne”, które jest wprost idealnym wyrazem refleksji nad przeszłością. Pobudka w wykonaniu kobziarza jest znakiem rozpoznawczym Cape Epic, czymś, co pozostaje z Tobą na zawsze. Z jednej strony chciałoby się wepchnąć mu te dudy w gardło, a z drugiej wiesz, że trzeba wstać, bo jest robota do zrobienia. Już po drugiej pobudce żartowaliśmy, że po powrocie do domu ustawimy sobie kobzę jako dźwięk budzika w telefoniach. Co ciekawe, jednego dnia kobziarz zaspał i swój poranny recital zaczął z dwudziestominutowym opóźnieniem, kiedy byliśmy już w drodze na śniadanie.



Po pobudce szybka poranna toaleta i wspomniane wcześniej śniadanie. Funkcję stołówki pełnił namiot o powierzchni ponad trzech tysięcy metrów kwadratowych. Dwanaście bufetów w których każdy z ponad tysiąca zawodników znalazł coś, co mogło dla niego stanowić pożywne śniadanie przed ciężkim etapem. Po śniadaniu kierowaliśmy nasze kroki do „obozu pomocniczego”, czyli miejsca gdzie rozkładali się ze swoimi kramami wszelkiej maści usługodawcy. W większości były to serwisy rowerowe, ale wśród nich można było znaleźć masażystów, pralnie, czy foodtrucki.


Fot. Anthony Churchyard

O godzinie 06:00 otwierał swoje podwoje nasz serwis, który gdy my spaliśmy doprowadzał nasze rowery do stanu gotowości bojowej. W teorii niby nic wielkiego, ale po każdym etapie rowery oprócz mycia wymagały regulacji napędu, zazwyczaj wymiany klocków, uzupełnienia mleczka w oponach, czasami wymiany łożysk… dla wprawionej osoby co najmniej dwie godziny pracy pod warunkiem posiadania odpowiednich narzędzi i części. Woleliśmy ten czas poświecić na regenerację, a nasze rowery oddać w ręce profesjonalistów i poczuć się jak zawodowcy. Odebrawszy rowery wracaliśmy na nasze „pole namiotowe” i w niecałą godzinę trzeba było przygotować bidony, dozbroić rowery, nasmarować i ubrać się, odwiedzić jeszcze raz toaletę, a jeżeli etap przenosił nas do kolejnego obozowiska, to jeszcze spakować się i oddać torbę wolontariuszom odpowiedzialnym za transfer bagażu na metę etapu.


Fot. Sportzpics, ABSA Cape Epic 2016

W drodze na start trzeba było jeszcze zahaczyć o serwis odpowiedzialny za powerbanki, aby popołudniu móc odebrać je w pełni naładowane. Dwadzieścia minut przed startem stawialiśmy się przed wejściem do sektora startowego, gdzie sprawdzano i ewentualnie wymieniano baterię w lokalizatorze satelitarnym, a następnie oczekiwaliśmy już tylko na sygnał do startu.


Fot. Sportzpics, ABSA Cape Epic 2017

O godzine 07:00 startowali mężczyźni z licencją UCI, pięć minut później sektor A, kolejne pięć minut później kobiety z licencją UCI, a od 07:15 co pięć minut kolejne sektory od B wzwyż. Wyjątkiem był ostatni etap, kiedy to start zaplanowano godzinę później i łączono ze sobą sektory. Nasze perypetie na poszczególnych etapach opisywaliśmy codziennie na Facebooku, a jeżeli chcielibyście przeżyć to raz jeszcze, to nic nie stoi na przeszkodzie:

 

PROLOG 1 ETAP 2 ETAP 3 ETAP
4 ETAP 5 ETAP 6 ETAP 7 ETAP
 
Fot. Sportzpics, ABSA Cape Epic 2016

Dotarłszy na metę (w naszym przypadku około godziny 13:00) wolontariusze odbierali od Ciebie rower (oczywiście jeżeli jest taka Twoja wola) i pierwszym miejscem, gdzie następnie trafiasz jest namiot Woolworths, gdzie czeka posiłek regeneracyjny. Co istotne, to nie jest rozgotowany makaron z sosem pomidorowo-parówkowym znany z niektórych krajowych imprez. Na odchodne dostajesz torebkę z przekąskami i napojami. Po szybkim posiłku regeneracyjnym nasze kolejne działanie było uzależnione od tego, czy przyjeżdżaliśmy do nowego obozu.



Jeśli tak, to jeden udawał się na pole namiotowe celem poszukiwania wolnych namiotów w dogodnej lokalizacji, a drugi udawał się do wolontariuszy po odbiór toreb. Jeśli obozowiska nie zmienialiśmy, to pomijaliśmy ten krok i kierowaliśmy się od razu do naszego serwisu, gdzie oddawaliśmy rowery i sygnalizowaliśmy ewentualne problemy jakie pojawiały się na trasie. Był to też moment, w którym mogliśmy przez kilkanaście minut pokręcić z bardzo niską intensywnością. Niby nic, a jednak zawsze to jakaś okazja do schłodzenia silnika i aktywnej regeneracji. Po każdym etapie byliśmy tak brudni, że jedyną logiczną czynnością jaka przychodziła na myśl po powrocie do namiotów było udanie się pod prysznice.


Fot. Anthony Churchyard

Mieliśmy to szczęście, że na metę każdego etapu docieraliśmy stosunkowo szybko, więc nie mieliśmy problemów z wyborem dogodnych namiotów, czy z kolejkami przed prysznicami. W drodze powrotnej spod prysznica odbierało się jeszcze pranie i można było przejść do części najprzyjemniejszej, tj. odpoczynku.


Fot. Anthony Churchyard

Pogoda podczas tegorocznego Cape Epic dopisała zdecydowanie, a nawet momentami nieco się zagalopowała. Gdy temperatura przekraczała 40 stopni Celsjusza, to wejście do namiotu było aktem samobójczym i okres spędzany wewnątrz liczony był co najwyżej w sekundach. Na szczęście do dyspozycji zawodników była osłonięta od słońca, a jednocześnie przewiewna bez ścian strefa odpoczynkowa, gdzie można było przyjąć pozycję horyzontalną, bądź półhoryzontalną i w spokoju skorzystać z internetu czy pooglądać telewizję.


Fot. Anthony Churchyard

Kolacja zaczynała się o 18:00, więc zazwyczaj mieliśmy około 3 godzin do zabicia. Człowiek sprawdził co słychać „w wielkim świecie”, zadzwonił do domu, napisał relację z etapu, pomasował nogi i ani się oglądnął, a już trzeba było iść na kolację. O 19:00 miała miejsce dekoracja zwycięzców i odprawa przed kolejnym etapem. Po zachodzie słońca temperatura w namiotach wracała do akceptowalnej normy i można było zamienić leżak w strefie odpoczynkowej na materac we własnym M. Wieczorna toaleta i już powoli trzeba było się układać do snu, bo za 8 godzin kobziarz zaczynał swój poranny rytuał.

el Kapitano

el Kapitano

editor

el Kapitano. Marynarz. Triathlonista. Więcej w zakładce "o mnie".

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *