Lot z rowerem

Jeżeli masz w planie obóz klimatyczny, bądź start kolarski, czy triathlonowy, który wymaga transportu lotniczego, to albo wypożyczasz rower na miejscu, albo z nim lecisz. Gdy plan przewiduje tylko trenowanie „w ciepłym”, to wybór miejsca zazwyczaj ogranicza się do sprawdzonych i popularnych rejonów treningowych z szerokimi możliwościami wypożyczenia rowerów. Wypożyczenie roweru na tydzień może okazać się tańsze od opłaty za przewóz bagażu sportowego samolotem, a podróż będzie mniej stresująca. Jeśli jednak w planie mamy start, to zawsze lepiej startować na własnym rowerze, a poza tym w niektórych miejscach wypożyczenie roweru szosowego/triathlonowego może graniczyć z cudem. Wydawać by się mogło, że lotnicza podróż z rowerem to nic szczególnego. Po prostu nadajemy rower na lotnisku i odbieramy go w porcie przeznaczenia. Bułka z masłem. W teorii tak, ale praktyka, jak to w życiu, nie zawsze idzie w parze z teorią.

Zacznijmy od biletu. Zanim zarezerwujemy bilet zwróćmy uwagę na zasady przewozu rowerów u danego przewoźnika i koszty z tym związane. Moje perypetie związane z brakiem miejsca w ładowni samolotu na przewóz rowerów opisałem przy okazji logistycznych przygotowań do startu w Cape Epic w Republice Południowej Afryki. W skrócie zanim zarezerwujesz bilet, czy telefonicznie czy on-line, upewnij się i zgłoś na infolinii, czy w samolocie na pewno jest miejsce na Twój rower. Niektóre linie lotnicze i samoloty mają ograniczoną ilość miejsca na rowery i to niezależnie od sposobu ich transportu, ale o tym później. Wyobraźcie sobie co czulibyście, gdybyście już przy odprawie na lotnisku dowiedzieli się, że dla Waszego roweru zabrakło miejsca, bo tego faktu nie zgłosiliście? Szczególnie jest to ważne w liniach lotniczych takich jak PLL Lot, Lufthansa, Wizz Air, Ryanair, czy liniach czarterowych Enter Air, Travel Service, Small Planet Airlines. W niektórych liniach lotniczych przewóz roweru wymaga dodatkowej opłaty, a w innych traktowany jest jako zwykły bagaż rejestrowany, więc warto zapoznać się z warunkami przewozu wybranej przez nas linii. Jeżeli do celu nie mamy szans dolecieć lotem bezpośrednim, to przy wyborze połączeń przesiadkowych zwróćmy uwagę także na czas przesiadki. Jeżeli będzie to mniej niż 60 minut, to szanse, że nasz rower doleci z nami do portu docelowego radykalnie maleją. Nasz bagaż musi z samolotu zostać przetransportowany do sortowni, a z sortowni do kolejnego samolotu. Dwie godziny i więcej powinny bez problemu wystarczyć, ale czasami bagaż się po prostu gubi, spóźnia, czy nawet poleci w innym kierunku i wato to też brać pod uwagę.

Mając już zarezerwowany bilet i potwierdzenie, że dla naszego roweru nie zabraknie miejsca w ładowni, to możemy przejść do zapakowania roweru. W niektórych liniach lotniczych do przewozu roweru wystarczy odkręcić pedały i ustawić kierownicę równolegle do ramy, ale większość z nas zapewne wolała będzie wykorzystać specjalistyczne walizki. Pakowania w karton nawet nie biorę pod uwagę, ponieważ jest to moim zdaniem zabezpieczenie jedynie kosmetyczne. Walizki rowerowe można podzielić na trzy typy. Miękkie, twarde i usztywniane. O ile miękkie walizki są najlżejsze, to gwarantują najmniejszy poziom zabezpieczenia roweru przed uszkodzeniem. Walizki twarde są najcięższe, ale oferują poziom bezpieczeństwa pozwalający nie stresować się uszkodzeniem naszego cennego sprzętu. Miękkie walizki ważą około 6 kilogramów, a twarde nawet 18 kilogramów (Thule RoundTrip Transition), więc trzeba to wszystko dobrze policzyć, aby nie przekroczyć limitu wagowego bagażu. O konkretnym wyborze walizki nie będę się już więcej rozwodził, gdyż to idealny temat na jeden z kolejnych wpisów. Skupmy się na samym pakowaniu. Moim zdaniem najważniejszą zasadą przy pakowaniu roweru jest nieprzeładowywanie walizki. Zauważyłem powszechną tendencję do upychania do walizki wszystkiego, co tylko mamy pod ręką i to „pod sam korek”. Przykładowo skoro i tak płacimy za przewóz roweru, a limit wagowy dla walizki to 32 kg, to dlaczego nie skorzystać z okazji i nie upchać do niej jak najwięcej? Owszem, można, ale widzę tu co najmniej dwa problemy. Pierwszy z nich jest dość prozaiczny i swoje źródło ma w zasadzie jaką żarliwie wyznaję – „expect the unexpected”, czyli spodziewaj się niespodziewanego. Co jeśli nasz rower nie doleci z nami, a wraz z nim dajmy na to połowa naszych ubrań, akcesoria kolarskie, odżywki kolarskie i sprzęt biegowy? Drugi problem to owa wysoka waga. Starajcie się nie przesadzać, ponieważ pomimo automatyzacji procesu transportu bagażu w obrębie lotniska i tak prędzej czy później musi on być przenoszony przez ludzi. Czy to układany na wózkach, umieszczany na taśmociągu, czy wewnątrz ładowni. Im walizka jest cięższa tym większe ryzyko, że gdzieś może upaść, czy po prostu złośliwie będzie „źle traktowana”. Jeżeli do walizki oprócz samego roweru pakujemy jednak jakiś sprzęt, to zabezpieczmy go, przytwierdźmy do czegoś, aby nie „latał” po walizce. Co z tego, że walizka doleci w całości, jeżeli na przykład wewnątrz mieliśmy pompkę, która podczas turbulencji uszkodziła ramę? Warto też rozważyć demontaż tylnej przerzutki, aby zminimalizować ryzyko jej uszkodzenia, haka, bądź ramy. No i w końcu, wyłóżcie walizkę jakimś materiałem wyścielającym, zwłaszcza jeśli producent o to zbytni nie zadbał, wystarczy gąbka.

Wróćmy do wspomnianej wcześniej możliwości, że nasz bagaż nie doleci z nami do portu przeznaczenia. Liniom lotniczym coraz rzadziej się to zdarza, a odpowiedni dobór połączeń przesiadkowych pozwala jeszcze zmniejszyć to ryzyko, jednakże takowe zawsze istnieje. Dla przykładu w ciągu ostatnich sześciu miesięcy sytuacja taka zdarzyła się w moim wypadku dwukrotnie. Z tego też względu najważniejsze rzeczy mam zawsze w bagażu podręcznym. Lecąc na zawody, czy obóz będzie to zawsze pianka, okularki, strój startowy, kask, buty kolarskie i biegowe, oraz miernik mocy (pedały). Jeżeli rower nie doleci, to znacznie łatwiej będzie mi na miejscu szukać możliwości wypożyczenia roweru, niż zajmować się kompletowaniem całego sprzętu. Nie po to przygotowywałem się przecież cały rok, żeby zamiast na start przylecieć pokibicować innym. Podobnie ma się sytuacja w przypadku wyjazdu na obóz klimatyczny. Rower zawsze się jakiś znajdzie. Jak nie w wypożyczalni, to choćby z pomocą internetu u lokalnej społeczności kolarskiej, czy triathlonowej.

Oczywistym jest, że nigdy nie możemy mieć stuprocentowej pewności, że nasz rower zawsze doleci z nami na miejsce i na dodatek w nienaruszonym stanie. Możemy jednak zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby zminimalizować to ryzyko i zamiast na zamartwianiu się o rower skupić się na mentalnym przygotowaniu do startu, lub wizualizować treningi kolarskie podczas obozu klimatycznego. Expect the unexpected! W przeciwnym razie pozostaje zapomnieć o wszystkim, co właśnie przeczytaliście i w błogiej nieświadomości oczekiwać na rower w hali odbioru bagażu. A nóż widelec znowu się uda…

el Kapitano

el Kapitano

editor

el Kapitano. Marynarz. Triathlonista. Więcej w zakładce "o mnie".

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *