„Jak bardzo tego chcesz?”

W rywalizacji sportowej niekoniecznie wygrywa zawsze ta osoba, która jest najlepiej wytrenowana fizycznie. Dyspozycja dnia, warunki atmosferyczne, trasa, szczęście, czy w końcu „głowa” – to tylko niektóre z elementów składowych sukcesu. W książce „Jak bardzo tego chcesz?” Matt Fitzgerald pochyla się właśnie nad „głową”.

Treść książki snuje się wokół teorii psychobiologicznego modelu osiągnięć w sportach wytrzymałościowych opracowanej przez Samuele Marcorę. Według niej na ciało i umysł należy patrzeć, jak na nierozerwalną całość, jednocześnie przypisując umysłowi rolę nadrzędną.

O tym, jak ważna jest rola psychologii w sporcie dobitnie świadczy przykład Adama Małysza. Na początku 1998 roku najlepszy skoczek narciarski w historii Polski bliski był zakończenia kariery sportowej i powrotu do zawodu dekarza. Sezon 1999/2000 był jednak dla Małysza przełomowy głównie za sprawą wprowadzenia nowych metod szkoleniowych, oraz rozpoczęcia współpracy z psychlogiem Janem Blecharzem. Między innymi dzięki pracy z psychologiem naszemu Orłowi z Wisły udało się wznieść na szczyty skoków narciarskich i zostać najlepszym polskim sportowcem pierwszej dekady XXI wieku.

Matt Fitzgerald nie wspomina w swojej książce o Małyszu, a ja nie mam pojęcia, czy jego „przypadek” wpisuje się w psychobiologiczny model osiągnięć. Autor w kolejnych rozdziałach opowiada historie światowej klasy sportowców, którzy wspinali się na wyżyny swoich umiejętności i osiągali spektakularne sukcesy między innymi dzięki zmianie sposobu odczuwania wysiłku, czy za sprawą innych czynników psychologicznych. Próżno w niej jednak szukać technik, czy ćwiczeń znanych z tradycyjnej psychologii sportowej. Tutaj uczymy się „nowej psychologii sportów wytrzymałościowych” na przykładzie doświadczeń innych.

puchatek

W poszczegółnych rozdziałach pogrupowano historie pokonywania trudności przez mistrzów sportów wytrzymałościowych według technik jakie możemy wykorzystać do radzenia sobie z podobnymi przeszkodami spotykanymi przez nas na co dzień. Moje początkowe nastawienie do książki jako kolejnego skryptu z coachingowym hokus pokus zmieniło się już po kilkudziesięciu stronach. Ciężko nie zgodzić się z tezami stawianymi przez autora skoro podparte są przykładami wziętymi z życia, wynikami badań naukowych publikowanych przez renomowane czasopisma, oraz analizą własnych doświadczeń.

Weźmy dla przykładu tezę postawioną w rozdziale trzecim – „Ty w czasie druha masz”. Według autora na ilość wysiłku wkładanego przez zawodnika w dany wyścig wpływa odczuwanie osiągalności założonego celu. Jeżeli cel wydaje się poza zasięgiem, to zawodnik prawdopodobnie odpuści sobie wysiłek. Jeżeli natomaist cel jest do zdobycia, to zawodnik zwiększy wysiłek, zakładając, że nie jest na granicy możliwości. Takim celem może być zejście poniżej określonego czasu, które zmusi do wyjścia poza własne ograniczenia, o strefie komfortu nie wspominając. Sam cel czasowy nie poprawi osiągnięć, ale wpłynie na sposób odczuwania wysiłku. Zastanowiwszy się nad tym głębiej dochodzę do wniosku, że ma to sens i pokrywa się to z moimi doświadczeniami. Przykładem niech będą moje starty w gdańskim półmaratonie w 2015 roku i w gdyńskim Ironmanie 70,3 w 2016 roku. Celem na pierwszej z tych imprez był bieg poniżej 85 minut, a na drugiej bieg poniżej 90 minut. W obydwu przypadkach wiedziałem, że jestem blisko tego wyniku i jest on w zasięgu ręki, ale wiedziałem, że będę musiał sięgnąć głęboko, żeby go osiągnąć. Czy było łatwo? Nic z tych rzeczy. Było cholernie ciężko, szczególnie w końcowych minutach, ale bliskość celu powodowała, że nie zwalniałem, pomimo sygnałów z innych zakamarków świadomości mówiących „odpuść sobie”.

W kolejnym rozdziale zatytułowanym „Sztuka odpuszczania” stawiana jest teza, która zdaje się przeczyć wcześniejszej. Autor twierdzi, że zmniejszone przejmowanie się wynikiem zawodów sprawia, że wyniki te są lepsze. Wiara w siebie przy odrzuceniu z myśli celu, oraz cieszenie i ściganie się daną chwilą pozawala osiągnąć lepszy wynik. To jak to w końcu jest? Najpierw przez kilkadziesiąt stron wciska się nam do głowy, że cel czasowy pozwoli mi na zwiększenie wysiłku i w efekcie zrealizowanie celu, a teraz każe mi się ten cel odrzucić? W rzeczy samej. Autor posługuje się przypadkiem Siri Lindley, ale ja znalazłem u siebie przypadek, który idealnie wpisuje się w ten rozdział. Triathlon w Borównie/Bydgoszczy w 2013 roku. Trzecia podejście do zejścia poniżej 5 godzin na dystansie „półówki”. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały jeszcze przed sezonem, że jest to tylko formalność. Niestety ani w Suszu, ani w Gdyni nic nie szło tak, jak powinno i zawody kończyłem z 5 z przodu. Start w Borównie nie był zaplanowany, a decyzja o nim została podjęta niemalże w ostatniej chwili, co nie oznaczało braku motywacji i skupienia na celu czasowym – dosłownie kipiałem emocjami. Gdy po etapie pływackim wbiegłem do strefy zmian i zobaczyłem na zegarku, że od startu minęło 45 minut większość emocji mnie opuściła, cel zniknął za horyzontem, a mnie odechciało się dalszej rywalizacji. Wówczas jeszcze nie wiedziałem, że powodem takiego wyniku była dryfująca bojka nawrotowa, ale ściągając piankę stwierdziłem, że skoro już zacząłem, to wypada skończyć nie myśląc o celu – po prostu pojechać i pobiec na miarę swoich możliwości. Pamiętam, że na etapie kolarskim cieszyłem się jezdą jednoczesnie pilnując zadanych wartości generowanej mocy, ale bez kontroli czasu. Wybiegając ze strefy zmian zlokalizowanej przy stadionie Zawiszy nawet nie sprawdziłem ile czasu zajął mi etap kolarski i ile czasu minęło od startu. Po prostu biegłem. Dopiero na ostatniej pętli licho podkusiło mnie do sprawdzenia czasu i po krótkich obliczeniach w pamięci wyszło, że może jeszcze nie wszystko stracone… i w efekcie udało się, choć zgodnie z założeniami przedstartowymi nie było na to szans.

Opisane wcześniej moje dwa przypadki pokazują, że nie ma uniwersalnego rozwiązania na wszystkie sytuacje. Niewykluczone, że w 2013 roku byłem inną osobą i innym zawodnikiem niż w latach 2015-2016 i inne techniki pozwalały mi na osiąganie moich celów. To także jest przesłaniem tej książki. Droga pomiędzy byciem sobą, a byciem osobą najlepszą na miarę swoich możliwości jest niezbadana i tylko my sami jesteśmy w stanie odkryć to, co motywuje nas do dania z siebie wszystkiego, czy osiągnięcia maksymalnego wytrenowania umysłowego. Być może psycholodzy sportowi uznają to za brednie, jednak ja bardzo się cieszę, że książkę tę przeczytałem, a teraz pozostaje już tylko wcielić w życie mądrości i nauczki wynikające z błędów innych…

el Kapitano

el Kapitano

editor

el Kapitano. Marynarz. Triathlonista. Więcej w zakładce "o mnie".

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *