„Szybciej” Jima Gourleya

Większość dyscyplin sportu na pierwszy rzut oka zbyt skomplikowana nie jest. Zresztą co może być skomplikowanego w bieganiu, jeździe na rowerze, rzuceniu, odbiciu, czy kopnięciu piłki? Przecież robiliśmy to przez większość naszego dzieciństwa i nikt nas specjalnie tego nie uczył. O ile mówimy o zabawie i rekreacji, to twierdzenie to jest jak najbardziej prawdziwe. Jesli jednak dokładniej przyjrzymy się sportowi (a nie rekreacji), to zobaczymy, że za tą złudną prostotą stoi cały szereg praw i zależności, o których często nie mamy pojęcia.

Zamierzeniem Jima Gourleya, autora książki „Szybciej”, jest rozłożenie trzech dyscyplin składających się na triathlon na czynniki pierwsze, opisanie praw i zjawisk nimi rządzących, co ma w efekcie pozwolić zawodnikom na dokładniejsze zrozumienie triathlonu, oraz podejmowanie mądrzejszych wyborów sprzętu triathlonowego.

Triathlonem, jak każdym innym sportem, rządzi fizyka. No może za wyjątkiem szachów sportowych, choć tam też występują prawa tarcia, bez którego cieżko by było poruszać pionkami. Chcąc zrozumieć co się z nami dzieje, co nas napędza i co nas ogranicza podczas pływania, jazdy na rowerze i biegania, nie sposób obyć się bez fizyki. Zapewne nie minę się z prawdą, jeżeli stwierdzę, że fizyka jest jednym z najbardziej znienawidzonych przez uczniów przedmiotów szkolnych i zdobyta wiedza w tym zakresie zanika zazwyczaj szybciej, niż zajęło jej przyswojenie. Z podobnego założenia wyszedł autor książki i rozpoczął ją od przyspieszonego kursu podstaw fizyki dla triathlonistów. W sposób łopatologiczny prowadzeni jesteśmy przez zagadnienia sił, masy, oporów i zasad dynamiki Newtona. Dla osoby, która nie miała styczności z tymi pojęciami przez kilkanaście, bądź kilkadziesiąt lat bez takiego wprowadzenia dalsza lektura książki mogłaby być co najmniej ciężka. Podczas lektury tego pierwszego rozdziału, czułem się, jakbym się cofnął do szkolnych lat i przyszedł mi na myśl podręcznik fizyki z pierwszej klasy liceum.

fizyka

W kolejnych rozdziałach poświęconych pływaniu, jeździe na rowerze i bieganiu, opisywana jest interakcja zawodnika z ośrodkiem, w jakim ruch się odbywa, wyjaśnione są zagadnienia z tym związane, obalone niektóre triathlonowe mity, oraz dokładnie wytłumaczone techniki, których zastosowanie może pozwolić nam na uzyskanie lepszych czasów. Autor pochyla się także nad zagadnieniem marketingu sportowego, oraz tłumaczy jak nie dać się nabrać na sztuczki stosowane przez niektórych producentów, mające na celu skłonienie nas do wydania większej ilości pieniędzy, czy pożądanie rzeczy, których wpływ na nasze wyniki będzie znikomy.

Niestety książka ta (jak zresztą bodaj każda inna) nie jest pozbawiona błędów. Pisząc ową recenzję wydawało mi się, że jej największą bolączką jest tłumaczeniem jednakże dopiero po porównaniu z oryginałem okazało się, że większość z nich należy przypisać autorowi książki, a nie tłumaczowi. Niemniej jednak tłumaczowi możemy przypisać takie oto kwiatki:

„Siła wypadkowa sił działających poziomo jest dodatnia, powodując ruch przyspieszony skierowany do przodu.” Niefortunne użycie fizycznego określenia ruch przyspieszony w podpisie pod rysunkiem przedstawiającym siły działające na pływaka sugeruje, że pływak cały czas przyspiesza, co jest bzdurą. Możnaby powiedzieć z pewnym przekłamaniem o ruchu jednostajnym, bądź chcąc być bardziej dokładnym należałoby użyć stwierdzenia ruch zmienny, ale wystarczyło po prostu znaleźć inne określenie dla oryginalnego stwierdzenia „creating forward acceleratrion”.

„Powierzchnia bruku i guma opon wchodzą w interację i wytwarzają tarcie…” Autorowi na pewno nie chodziło o bruk, a o powierzchnię drogi, gdyż tarcie występuje na każdym rodzaju nawierzchni.

„Kupić udoskonaloną ramę rowerową, czy koło z dyskiem?” Jest koło, jest koło pełne, jest dysk, ale nie ma koła z dyskiem. O ile oczywiście nie tłumaczymy dosłownie „disc wheel”, bo w przeciwnym wypadku może z tego wyjść koło z dyskiem.

„Wolne szytki to zasadniczo hybrydowe szytki…” Tu już faktycznie tłumacza ponisła fantazja. „Open tubular” można co najwyżej przetłumaczyć jako otwarte szytki, zastosować potoczne określenie oponoszytka, ale żeby od razu wolna szytka?

„Szytki. W kolarstwie – opony z zintegrowaną obręczą. Określane również jako zszywki.” Ta definicja mnie co najmniej zastanawia. A dokładniej rzecz biorąc proces myślowy stojący za jej powstaniem, bądź tłumaczeniem. Wisienką na torcie jest dosłone przetłumaczenie amerykańskiego potocznego określenia szytek „sew-up” jako zszywka. Z takim określeniem szytek w polsce się nie spotkałem. Jeszcze.

„Wat. Miara mocy nazwana od imienia szkockiego wynalazcy i inżyniera Jamesa Watta.” Jak już, to od nazwiska szkockiego wynalazcy i inżyniera.

„Wolne szytki. W kolarstwie – opony z zintegrowaną obręczą. Także często określane mianem zszywki.” Z tego tłumaczenia, bądź definicji (tego do końca nie wiem), wynika, że „wolna szytka” jest szytką. Niestety szytka nie jest otwartą szytką, bo otwarta szytka to po prostu inne określenie opony.

bledy

Wspomniane wcześniej błędy autora zaczynają kłuć w oczy dopiero przy uważnej lekturze. Tym bardziej, że autor przedstawia się jako inżynier i wykładowca, a w podytutle książki wspomina naukę. Nie wypada więc, aby pojawiały się takie błędy jak nazywanie przyszpieszenia ziemskiego (g) wielkością siły grawitacji. Do tego wszystkiego można jeszcze dołożyć błędy logiczne, czy inne wynikające z niewiedzy, lub dużgo uproszczenia. I tak na przykład przebycie etapu pływackiego w triathlonie według autora wymaga największego wysiłku. Dalej, chcąc wypróbować miernik mocy bez jego posiadania zachęcani jesteśmy przez autora do skorzystania ze Stravy, która może spróbować przybliżyć moc przez nas generowaną na określonych odcinkach, jednak z moich obserwacji wynika, że odbiega ona od mocy właściwej o kilkadziesiąt procent. Następnie omawiając zagadnienie pomiaru mocy w kolarstwie autor uzależnia ten pomiar od przebytej drogi. Owszem, można wysnuć taki wniosek podstawiając kolejne wzory bez jakiegokolwiek zastanowienia, ale w kolarskich miernikach mocy przebyta przez układ rower-zawodnik droga nie ma żadnego znaczenia. Autor podaje przybliżone wartości mocy, jakie są potrzebne do pokonania danego odcinka, ale pomija kluczowy parametr, jakim jest stosunek generowanej mocy do masy zawodnika (na danym dystansie). Do określania nachylenia zbocza zaleca użycie odbiornika GPS. Przy wykładzie na temat podawanych przez producentów oszczędności czasu na danym dystansie autor podkreśla, że uzależnione są one od prędkości, jaką przyjęto podczas testów w tunelu aerodynamicznym, lub oprogramowaniu CFD i wskazuje jak ważne jest weryfikowanie takiej prędkości z rzeczywistymi prędkościami, podczas gdy sam kilka stron później podaje oszczędności czasowe na danym dystansie, ale prędkość już przemilcza. Omawiając kolarstwo szoswe autor twierdzi, że „odłącza się niewielka grupa, aby przez kilkanaście minut jechać na czele”. Czy my myślimy o tej samej dyscyplinie sportu? Może na początku etapu, gdy są pierwsze próby uformowania ucieczki ma miejsce taka sytuacja, ale zazwyczaj ucieczka jedzie przed peletonem przez kilkadziesiąt kilometrów. Analizując czasy uzyskiwane przez najszybszych zawodników grup wiekowych na najbardziej płaskich i szybkich trasach autor twierdzi, że nie uzyskują oni średnie prędkości powyżej 31 km/h. Ciekawe. Normą są czasy poniżej 5 godzin na etapie kolarskim, a to jest średnia powyżej 36 km/h. Zamieszanie ze zrozumieniem różnicy pomiędzy szytkami i „wolnymi szytkami” już wspominałem i nie chodzi tu wyłącznie o błędy w tłumaczeniu. Autor po prostu nie zdaje sobie sprawy, że są to dwie różne rzeczy, szytka i opona. Podobno w pływaniu i w kolarstwie drafting daje bardzo duże zyski, ale juz w bieganiu nie. Z tym kompletnie nie można się zgodzić. Każdy kto miał okazję biec pod wiatr wie, że schowanie się za plecy nawet mniejszego zawodnika pozwala zaoszczędzić sporo sił. Omawiając strategię wyścigu autor podaje, ile procent maksymalnej mocy powinno się trzymać na rowerze, aby nie stracić sił przed bieganiem, ale nie wspomina, o jaką maksymalną moc mu chodziło. Zapewne o wartość funkcjonalnej mocy progowej, bo wartość mocy maksymalnej często przekracza 1000 watów. No i jest jeszcze sprawa przegrzewania się podczas biegu. Przez kilka stron autor opisuje sposoby rozpraszania ciepła i ich wpływ na uzyskiwane czasy, po czym po kilku stronach pochylając się nad bieganiem na bieżni mechanicznej kompletnie zapomina o tym zjawisku i pomija wpływ przegrzewania na odczuwany na bieżni wysiłek.

Nie oznacza to jednak, że w książce nie znajdziemy wielu wartościowych wskazówek. Sądzę, że każdy znajdzie w niej coś, co pomoże mu podczas następnego startu zyskać trochę czasu, a przede wszystkim pozwoli lepiej zrozumieć sprawa rządzące tą dyscypliną sportu. Jednak od wykładowcy akademickiego na Air Force Academy wymagałem czegoś więcej. Autorowi nie brakuje dumy i wysokiego mniemania o sobie, czemu daje wyraz wspominając w tekście „… dokończenie naprawdę dobrej książki o naukowych podstawach triathlonu.” Być może właśnie to stwierdzenie w połączeniu z licznymi błędami w tej książce spowodowało, że odbieram ją w sposób krytyczny. Niemniej jednak uważam, że warto było ją przeczytać. Po prostu wymaga ona czytania jej ze zrozumieniem i weryfikacji pewnych rzeczy, o których napisał autor, ponieważ znacznie mijają się z prawdą.

oznaczenia
el Kapitano

el Kapitano

editor

el Kapitano. Marynarz. Triathlonista. Więcej w zakładce "o mnie".

Jeden komentarz

  1. Fabisz

    Błędy… przespałem dosłownie… Jako łobuz z ostatniej ławki, chętnie odświeżyłem sobie wiedzę o wektorach, ale zaraz
    potem liczyłem na naprawdę ciekawe informacje, których nie znajdziesz na „forum” lub nie dowiesz się od kolegi…
    Mnie ta książka zawiodła liczyłem na ‚łał” informacje a czekając na nie zasypiałem. A wszystko przez ten tytuł, jest tak
    samo napompowany jak Ego o którym wspominasz.
    Pozdrawiem.

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *