Po jaką cholerę Ci ten start w Cape Epic?

Po co triathloniście start w etapowym wyścigu MTB? Po co start w Republice Południowej Afryki, skoro w kraju mamy co najmniej dwie etapówki MTB na światowym poziomie? Odpowiedzi na te pytania nie są proste, jednoznaczne, ani tym bardziej zwięzłe, ale spróbujmy je znaleźć.

Każdy z nas ma swoistą listę życzeń. Chodzi mi tutaj nie o listę rzeczy do zrobienia przed śmiercią, a raczej o sportową listę życzeń, czyli listę imprez, w jakich chciałbym wziąć udział. Pierwszym punktem na mojej liście było Piekło Północy, czyli wyścig Paryż – Roubaix. Z czasem imprez tych zaczęło przybywać, a mnie powoli udaje się odhaczyć kolejne z nich. Niestety jak to zwykle bywa imprez więcej przybywa niż ubywa, a żyć wiecznie nie będę, więc trzeba się brać do roboty.

U statystycznego triathlonisty poczesne miejsce na takowej triathlonowej liście życzeń zajmuje start na Mistrzostwach Świata Ironman na Hawajach. Kona rozpala zmysły większości triathlonistów, ale – uwaga – nie moje. W ogóle pełny dystans to nie moja bajka i szczególnie mi się do niego nie spieszy. Ciężko byłoby wskazać pierwsze miejsce na mojej triathlonowej liście życzeń. Myślę, że większość pozycji jest mniej więcej na jednym poziomie ważności, a wybór kolejnych imprez na dany rok jest może nie tyle przypadkowy, co uzależniony od rotacji na statku i ewentualnej dostępności pakietów startowych.

Co znajduje się na mojej triathlonowej liście życzeń? Co ciekawe startów triathlonowych nie ma na niej zbyt wiele. Raptem Alpe d’Huez Triathlon, Challenge Iceland, Tatraman, oraz króliczek, którego nie mogę dogonić, czyli Mistrzostwa Świata Ironman 70.3. O wiele więcej znajdziemy na niej startów szosowych. Chciałbym wystartować we wszystkich amatorskich wersjach kolarskich monumentów. Za mną Paris – Roubaix Challenge i Ronde van Vlaanderen Cyclo, a więc pozostały Gran Fondo Milan – San Remo, Liège – Bastogne – Liège Challenge, oraz Gran Fondo Giro di Lombardia (o ile La Gazzetta dello Sport powróci do jego organizacji). Oprócz tego Amstel Gold Race, La Flèche de Wallonie, Gran Fondo Strade Bianche, Gran Fondo Stelvio Santini, etapy Gran Fondo Giro d’ Italia i l’Étape du Tour. Obok tego mamy górski tryptyk Haute Route Pyrenees, Haute Route Alps i Haute Route Dolomites Swiss Alps, oraz “Golonkowy” duet Beskidy MTB Trophy i Sudety MTB Challenge.

Ostatnim dodatkiem do tej listy jest ABSA Cape Epic. Trafił na nią w maju 2016 roku. O wyścigu słyszałem już wcześniej, nawet śledziłem wyniki polskich ekip w nim startujących, ale dopiero lektura artykułu Epic Diaries w południowoafrykańskim miesięczniku Bicycling, który wpadł w moje ręce na jednym z namibijskich lotnisk, spowodowała, że zapragnąłem w nim wystartować. Cape Epic to jeden z pięciu wyścigów klasyfikowanych przez Międzynarodową Unię Kolarską (UCI) w najwyższej kategori HC (pozostałe to Tour de France, Giro d’Italia, Vuelta a España, oraz Cyprus Sunshine Cup) i zdecydowanie najważniejszy na Świecie etapowy wyścig kolarstwa górskiego.

bicycling

Jak się to ma do triathlonu? Trening triathlonowy można z powodzeniem łączyć ze startami w jednodniowych zawodach MTB, czy nawet etapówkach MTB. Na trasie Beskidy MTB Trophy i Sudety MTB Challenge nie brakuje triathlonistów. Przykładem niech będą Ola Sosnowska i Marcin Lipowski, wspólnie z którymi reprezentuję barwy Triathlon Series Team. Ja jednak postanowiłem obrać inną drogę. Wyścig Cape Epic odbywa się corocznie w drugiej połowie marca, czyli na przygotowanie się do niego będę miał równo 6 miesięcy. Co prawda z kalendarza wychodzi, że do startu zostało 7 miesięcy, ale pierwszy miesiąc, to okres przejściowy po sezonie triathlonowym. Te 180 dni zamierzam w pełni podporządkować treningowi kolarskiemu. Owszem, nadal będę odwiedzał pływalnie i od czasu do czasu truchtał, ale będzie to tylko dodatek do treningu kolarskiego.

Dlaczego akurat tak? Odpowiedź jest prosta. Z szacunku do wyścigu i dla partnera. W Cape Epic startuje 650 dwuosobowych zespołów. W zamyśle organizatorów startowanie w parach pozwala na zwiększenie bezpieczeństwa zawodników, jako że wyścig rozgrywany jest na odludnych i ciężkich technicznie terenach. Nad uczestnikami każdego dnia wisi topór w w postaci limitu czasowego, a regulamin wyścigu stanowi, że zawodników jednego zespołu na trasie nie może dzielić więcej niż 2 minuty, co jest skrupulatnie kontrolowane. Za pierwszym i drugi razem naruszenie tego zapisu powoduje naliczenie kary czasowej 60 minut, a za trzecim razem powoduje dyskwalifikację drużyny. Trzeba więc jechać razem. I tak dochodzimy do partnera. Mój partner to chodząca (a właściwie jeżdżąca) legenda – Michał Bogdziewicz. Ktokolwiek interesuje się kolarstwem nie tylko na Pomorzu, ale i w Polsce, ten na pewno zna to nazwisko. Michał w latach 2003 – 2005 był kolarzem zawodowym i zdobył dwa tytuły Mistrza Polski w maratonie MTB i dwa tytuły Vicemistrza Polski MTB XC w kategorii elity. Od zakończenia zawodowej kariery minęło 11 lat, a On nadal się ściga i zawsze jest w czubie. Poważna sprawa. Jednocześnie Michał jest moim trenerem kolarstwa, więc w interesie obojga z nas jest moja jak najlepsza dyspozycja kolarska w marcu 2017 roku.

bogdziewicz2

Pisałem już o liście życzeń, więc można powiedzieć, że start ten potrzebny mi jest do zaspokojenia moich własnych ambicji. Samo dostanie się na listę startową Cape Epic jest nie lada wyzwaniem, a jego ukończenie to już spory wyczyn. Ale nie tylko o to w tym starcie chodzi. W przygotowaniach do tych zawodów, oraz w samym starcie, upatruję szansę poprawienia techniki jazdy na rowerze, zwiększenia umiejętności kolarskich, oraz poprawienia jazdy w ogóle, co mam nadzieję przełoży się na bycie jeszcze lepszym triathlonistą. No i nie zapominajmy o przygodzie! Wyścig odbywa się w Republice Południowej Afryki!!! To nie jest gonka po Kaszubach, czy Trójmiejskim Parku Krajobrazowym. Nic nie mam przeciwko tym dwóm lokalizacjom, ale trenuję tam na co dzień, a właściwie tylko wtedy, jak nie jestem na statku. W Republice Południowej Afryki jestem co miesiąc, ale zazwyczaj ogranicza się to tylko do przesiadki na lotnisku w Kapsztadzie, lub Johannesburgu. Wiem jednak, że jest to piękny kraj. Dlaczego by więc nie pościgać się na południowoafrykańskich bezdrożach?

ce_finish
el Kapitano

el Kapitano

editor

el Kapitano. Marynarz. Triathlonista. Więcej w zakładce "o mnie".

Jeden komentarz

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *