Paris Roubaix Challenge

Wiosną 1990 roku po raz pierwszy w życiu oglądałem w telewizji wyścig kolarski, a wyścigiem tym było „Piekło Północy”, czyli Paryż – Roubaix, jak kto woli. Antena satelitarna była oknem na świat, którego nawet większość dorosłych nie znała. Pamiętam, jak nie mogliśmy się nadziwić dlaczego „na zachodzie” kolarze muszą jeździć po tak kiepskich drogach. Niestety nijak nie szło zrozumieć komentatorów, ale trzeba było przyznać, że zmagania na brukach były urzekające. Końcem maja na włoskim Rai 1 królowało Giro, a latem Francuzi nadawali transmisje z Tour de France. Wystarczył jeden sezon, abyśmy razem z ojcem zakochaliśmy się w tym sporcie. Oglądanie wyścigu Paryż – Roubaix stało się naszą coroczną rodzinną tradycją, ponieważ w naszej opinii wyścig ten miał największą magię. Jednego roku podczas transmisji wyrwało mi się „zobaczysz tato, kiedyś tam pojadę i przejadę tą trasę, tak jak oni”. Nie miałem wtedy chyba nawet 10 lat, ale ziarno zostało zasiane. Kilkanaście lat później w dalszych zakątkach internetu natknąłem się na informację o imprezie Paris Roubaix Challenge, czyli amatorskim wyścigu rowerowym na trasie Piekła Północy i wtedy jak grom z jasnego nieba huknęła i wróciła do mnie deklaracja z przed lat. Decyzja była natychmiastowa – jadę!

Amatorska edycja wyścigu Paryż – Roubaix po raz pierwszy odbyła się w 2011 roku i zorganizowała ją Amaury Sport Organisation, czyli Francuzi stojący za organizacją m. in. wyścigami Paris – Roubaix i Tour de France. Pierwsza edycja wyścigu dla amatorów odbyła się dzień przed wyścigiem zawodowców. Amatorom oszczędzono jednak pierwszych blisko 100 kilometrów dojazdu z Compiegne do Busigny, jednak mogli oni pokonać wszystkie odcinki brukowe, identycznie jak zawodowcy, oraz co najważniejsze ukończyć swoje zmagania na welodromie w Roubaix. W 2013 roku organizację przejęła belgijska firma Golazo i pewne rzeczy się pozmieniały. Między innymi zdecydowano się na przeprowadzanie rywalizacji amatorów przy otwartym ruchu drogowym, wprowadzono trzy różne dystanse, oraz zrezygnowano ze współzawodnictwa między uczestnikami. Formuła taka ma na celu zachęcenie do udziału większej ilości osób, a zamiast czasu końcowego i miejsca na mecie ważniejszy jest sam udział, czyli zmierzenie się z legendą Piekła Północy i przeżycie tego, co dzień później przeżywać będą zawodowcy.

bruk

Jak już wspominałem uczestnicy mają do wyboru jeden z trzech dystansów. Najdłuższy, nieco ponad 160-kilometrowy (trasa może ulegać drobnym modyfikacjom ze względu na stan odcinków brukowych po zimie) również pomija pierwszych blisko sto kilometrów dojazdu z przedmieść Paryża, ale obejmuje wszystkie odcinki brukowe o łącznej długości około 51 km. Średni dystans (około 140 km, w tym około 33 km bruku) startuje z welodromu w Roubaix i asfaltowymi drogami prowadzi do sektora brukowego jakim jest lasek w Arenbergu i następnie pokrywa się z długim dystansem. Najkrótszy dystans (około 70 km, w tym około 9,5 km bruku) także startuje z welodromu w Roubaix i asfaltem prowadzi do Templeuve, gdzie łączy się z pozostałymi dystansami.

Organizatorzy Paris Roubaix Challenge wymagają stawienia się na starcie w określonych godzinach (w zależności od dystansu od 7 do 11 rano). Brak oficjalnego współzawodnictwa pozwala na zastosowanie takiego rozwiązania i to od uczestnika zależy o której godzinie zechce rozpocząć zmagania na trasie. Jedynym ograniczeniem jest fakt, że meta na welodromie zamykana jest o 18. Pomimo, że uczestnicy poruszają się na trasie przy otwartym ruchu drogowym, to w newralgicznych punktach trasę zabezpieczają służby porządkowe. Oznaczenia przed każdym skrzyżowaniem, bądź rozjazdem są czytelne i trudne do przegapienia. Na trasie rozmieszczone są trzy bufety z wodą, izotonikiem, herbatą, owocami, żelami i batonami. W strefach tych, jak i na najtrudniejszych odcinkach brukowych rozmieszczone są także stanowiska serwisowe.

Trasa Paris Roubaix jest w zasadzie płaska, ale jeżeli choć raz widzieliście relację z wyścigu zawodowców, to wiecie, że wcale nie jest łatwa. Na najdłuższym dystansie na uczestników czeka (w zależności od edycji) 28 odcinków brukowych o łącznej długości 51 km. O ile kilka z nich jest całkiem przyjemnych i przypomina nasze krajowe bruki, to jednak o zdecydowanej większość można powiedzieć, że jest co najmniej brutalna i wystarczy nadmienić, że niektóre fragmenty pamiętają czasy napoleońskie. Kostka jest stara, poszczególne kawałki są duże i nieregularne, a jej stan jest po prostu opłakany. I to jest właśnie esencja tej trasy i tego wyścigu, stąd już nie powinna dziwić nazwa Piekła Północy, choć nazwa pochodzi od krwawych walki z czasów I Wojny Światowej, które miały miejsce na tych terenach.

lasek

Niemalże masochistyczna chęć zmierzenia się z tym monumentem odbiera co roku rozum tysiącom amatorów z całego Świata. Mogłoby się wydawać, że zawodowcy robią to dla pieniędzy i sławy, ale cześć z nich całym sercem kocha brukowane klasyki. Gdy wjeżdżałem na pierwszy sektor (3 gwiazdki), to wierzcie mi, że cieszyłem się jak dziecko. Niestety z każdym kolejnym sektorem ta radość malała i przeradzała się w agonię. Wjechawszy w najtrudniejszy sektor, lasek Arenberg (długość 2,4 km, 5 gwiazdek), to paradoksalnie ta radość wróciła, choć było piekielnie ciężko nie tylko posuwać sie naprzód, ale także kontrolować trajektorię roweru. Nie obyło się oczywiście bez porównań. Zwycięzca rywalizacji zawodowców z 2014 roku, Niki Terpstra, pokonał ten odcinek w 3 minuty i 40 sekund, podczas gdy mnie zajęło to równo 6 minut. Przepaść! Przedostatni odcinek kostki, Willem a Hem (długość 1,4 km, 2 gwiazdki), pomimo swojej „łatwości” był bodaj najcięższy. Pomimo szerszych opon (25 mm), odpowiednio niskiego ciśnienia w oponach, oraz specjalnej owijki te 51 kilometrów bruku miało destrukcyjny wpływ na moje ciało, jak i psychikę. Moje dłonie, nadgarstki, łokcie, barki, kolana i kręgosłup na ostatnich 300 metrach kostki przed welodromem w Roubaix niemalże wrzeszczały prosząc o zaprzestanie dalszych katuszy. Po chwili jednak wjechałem na welodrom i to wszystko zniknęło niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. To na tym obiekcie walczyli między innymi Merckx i De Vlaeminck. To tutaj rodziły się legendy i zapisywały złotymi zgłoskami w historii kolarstwa. I nagle mnie dane jest kończyć swój własny wyścig Paryż – Roubaix na tym samym welodromie! Są to emocje na prawdę ciężkie do opisania, a na domiar wszystkiego na mecie dostałem medal, który wart jest więcej niż wszystkie pozostałe. Jednak po kilku minutach emocje opadają i powraca ból. Wszechobecny. Dłonie pokryte dziesiątkami pęcherzy, czy problemy z zaciskaniem i prostowaniem palców to tylko niektóre z nich. Wówczas pierwszy raz przychodzi do głowy myśl – nigdy więcej. Kulminacją celebracji jest jeszcze wzięcie prysznica w legendarnej łaźni wyścigu. Każdy boks natryskowy oznaczony jest tabliczką z nazwiskiem zwycięzcy kolejnej edycji Piekła Północy. Można w rzeczy samej poczuć się jak zawodowiec. I o to właśnie w tym wszystkim chodzi. Dzięki wzięciu udziału w tym „wyścigu” mamy okazję choć w części poczuć się jak nasi kolarscy bohaterowie, zarówno ci teraźniejsi, jak i legendy z przeszłości. Nikt nie będzie w stanie tak docenić wysiłku wkładanego w to przez zawodowców, jak osoba, która ów wyścig ukończyła. Gdy emocje już opadną i w rozmowach, czy myślach wraca się do minionych wydarzeń zaczyna świtać niepokojąca myśl, aby jednak za jakiś czas wrócić i zrobić to po raz kolejny. To wciąga niczym narkotyk.

Na brukowanych klasykach zawodowcy ścigają się na specjalnie zaprojektowanych i przygotowanych rowerach, jednak amatorom do ukończenia wystarczy zwykły rower szosowy. Trzeba go tylko odopowiednio na tą okazję przysposobić. Pierwsza sprawa, to założenie jak najszerszych opon (w zależności od tego na co pozwala nam rama).25, a najlepiej 28 milimetrów. Nie należy także przesadzić z ciśnieniem. 6 do 7 barów powinno wystarczyć, ale nie wolno zejść zbyt nisko, aby nie narazić się na przebicie dętki przy dobiciu koła na kostce. Druga sprawa to owijka. Niektórzy owijają kierownicę dwukrotnie, lub pod owijką umieszczają żelowe wkładki. Ja z kolei postawiłem na owijkę Lizard Skins DSP o grubości 3,2 mm i był to strzał w przysłowiową dziesiątkę. W tych warunkach i na tej trasie lepiej być nie mogło. Następne ważne akcesorium to łapacz łańcucha, bez niego ani rusz. Ktokolwiek startował w suskim triathlonie, ten dobrze wie, że należy dobrze zabezpieczyć bidony, bo inaczej już na pierwszym sektorze je stracimy. Sprawdzają się tutaj koszyki z aluminium które możemy z łatwością dogiąć, aby jak najmocniej trzymały bidony, ewentualnie oklejamy koszyki od wewnątrz chropowatą taśmą, lub inwestujemy w koszyki o zwiększonej sile trzymania, jak chociażby Xlab Gorilla XT. W moim przypadku „goryle” sprawdziły się bez zarzutu. Rower powinien być w dobrym stanie technicznym, a przed startem warto sprawdzić dokręcenie wszystkich śrub i naciąg szprych. Na ten „wyścig” wypada ze sobą zabrać minimum dwie zapasowe dętki , a organizator zaleca nawet cztery. Mnie nie szczęście udało się nie złapać kapcia. Startując o godzinie 7 rano musiałem się też przygotować całkiem rześki poranek. W 2014 roku na starcie temperatura wynosiła 7 stopni Celsjusza, a na mecie już 15 stopni Celsjusza. Start we mgle, meta w słońcu, ale to warunki niemalże idealne. Trzeba być przygotowanym także na deszcz i błoto, a wówczas trudność (i pewnie przyjemność ukończenia) rośnie o co najmniej jeden poziom.

roubaix

Udział w Paris Roubaix Challenge powinien znaleźć się na liście życzeń każdego kolarza amatora. Ta kostka ma swój piekielny urok. Wielu z nas marzy o Alpe d’Huez, Col du Tourmalet, czy Passo dello Stelvio i nie ma w tym nic dziwnego. To są kolarskie szczyty, na które warto choć raz w życiu się wspiąć zanim odwiesimy rower na ścianę. Jednak do tych szczytów warto dodać kolarskie monumenty, tym bardziej, gdy teraz można w nich startować w sposób zorganizowany. No i nie bez znaczenia jest fakt kolarskiego święta nazajutrz, czyli możliwość kibicowania zawodowcom, to prawdziwa wisienka na tym kolarskim torcie. Tak więc nie bójcie się kostki, ona też jest „dla ludzi”. Zresztą najlepiej sprawdzić to na własnej skórze, czy konkretniej kręgosłupie.

el Kapitano

el Kapitano

editor

el Kapitano. Marynarz. Triathlonista. Więcej w zakładce "o mnie".

2 komentarzy

  1. Maciek

    No i zapadłem na to. Słyszałem ale
    nie wiedziałem, że amator też może i
    ….. dołącza do listy „może uda się
    zaliczyć”.

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *