„Kanibal” autorstwa Daniela Friebe

Choć może się to wydawać nierealne, to jest w historii światowego kolarstwa człowiek, który w czasie swojej kariery wygrał ponad pięćset razy. Dla pełnego obrazu – powtórzę ponad pięćset! – wystarczy dodać, że wygrywał co trzeci wyścig, na starcie którego stawał. Tor, przełaj, szosa – bez różnicy! Wyścigi sprinterskie, klasyki, tygodniowe etapówki, grand toury – bez różnicy! Klasyfikacja górska, punktowa, generalna w Tour de France – bez różnicy i to w jednym roku jako jedyny kolarz w historii. Piłka nożna miała Pelego, koszykówka Michaela Jordana, boks Muhammada Alego, a kolarstwo miało Eddy’ego Merckxa. Co więcej, niektórzy uważają go za najważniejszego sportowca wszechczasów. Nie bez powodu włoski dziennik „Corriere della Sera” po mistrzostwach świata w 1971 roku w Montrealu oświadczał „ Merckx pierwszy, Gimondi pokonuje resztę świata”.

„Kanibal” jest książką specyficzną, ponieważ traktuje o Merckxie bez Merckxa. Autor wychodzi z założenia, że książka pisana z Merckxem nie pozwoliłaby na uwiecznienie najważniejszego, to znaczy jak Eddy’ego postrzegał cały świat, rywale, koledzy z drużyny, ludzie z którymi współpracował, dziennikarze, organizatorzy wyścigów, czy w końcu kibice.

Urodził się jako Merckx, żyje życiem Eddy’ego Merckxa, ale mimo to nadal jakoś nie wie, jak to jest być Eddym Merckxem w oczach innych ludzi.

Oczami innych ludzi widzimy Eddy’ego Merckxa od jego najmłodszych lat, jak stawiał pierwsze kroki w kolarskim peletonie, towarzyszymy mu przy pierwszych sukcesach i porażkach. Ukazuje nam się osoba, która była niesłychanie pracowita, pedantyczna, niesamowicie zmotywowana i skupiona na celu, jakim było bycie najlepszym kolarzem, a jednocześnie od środka trawił go niepokój i przepełniał strach. Wystarczy nadmienić, że Merckx po dziesięciu dniach bez wygranej stawał się nerwowy, niespokojny i nie do zniesienia.

Te cechy od początku zawodowej kariery spowodowały, że rywale, oraz włoscy i francuscy kibice się od niego odwrócili. Deklasował swoich przeciwników, wręcz pożerał i ośmieszał ich, a przez samolubność odbierał im zwycięstwa i zarobki. Nieważne, czy był to rywal, czy kolega z drużyny, nie było mowy o taryfie ulgowej dla nikogo. Jak sam kiedyś powiedział:

Zawsze odczuwałem i nadal odczuwam specyficzną rozkosz w byciu najlepszym. Dlatego właśnie akceptuję to, a nawet jestem dumny z tego, że dali mi przydomek Kanibal.

Merckx od pierwszych lat swojej kariery twierdził, że odejdzie w blasku chwały i nie pozwoli sobie na odarcie ze skóry przez rywali jako starzejący się kolarz. Trzydziestka, to był jego zakładany wiek emerytalny, z czym się nie krył i mówił o tym otwarcie. Niestety, jak wielu przed nim nie potrafił dotrzymać słowa i po prostu zejść z roweru. Ostatnie dwa lata kariery nadal był bardzo dobry, ale już nie wygrywał czego chciał i jak chciał. Rywale poczuli krew i robili wszystko, aby obedrzeć króla z szat i sprawić jego upadek jeszcze bardziej bolesnym.

„Kanibala” przeczytałem w błyskawicznym tempie. To właśnie setki anegdot, opowieści, wspomnień i wywiadów stanowią o fenomenie tej książki. Dzięki niej widzimy niepodzielnego władcę szos dokładnie takim, jakim był, takim jakim widzielibyśmy go, gdyby było nam dane żyć w tych czasach. A Eddy’ego z lat świetności i upadku wspomina śmietanka kolarstwa lat 60. i 70. ubiegłego wieku, m. in. Rik Van Looy, Vittorio Adorni, Roger de Vlaeminck, Bernard Thevenet, Raymond Poulidor, Felice Gimondi, Giancarlo Feretti, czy Freddy Maertens. Jest to na prawdę kawał dobrej kolarskiej historii, czyli lektura obowiązkowa dla każdego miłośnika kolarstwa.

el Kapitano

el Kapitano

editor

el Kapitano. Marynarz. Triathlonista. Więcej w zakładce "o mnie".

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *