Chain catcher – nie daj się zakleszczyć!

Rękę do góry niech podniesie ten, któremu nigdy nie spadł łańcuch! Pewnie nie zobaczyłbym ich zbyt wiele… O ile w większości wypadków ucieczka łańcucha z dużej tarczy nie jest problemem, to już spadnięcie z małej i zakleszczenie się łańcucha pomiędzy korbą i ramą to już prawdziwa tragedia.

Miałem kiedyś wspaniały rower zbudowany na białej ramie z włókna węglowego. Nie dość, że piękny, to jeszcze piekielnie szybki. Któregoś dnia na zawodach kolarskich, podczas niewinnej redukcji na małą zębatkę przed wzniesieniem, spotkał mnie koszmar zdecydowanie gorszy niż złapanie przysłowiowego kapcia. Łańcuch spadając z małej zębatki zakleszczył się pomiędzy korbą i ramą. Oczywiście musiałem się zatrzymać by walczyć z zakleszczonym łańcuchem, a grupa, jak to grupa, odjechała w siną dal. Dopiero po zawodach, podczas przeglądu i mycia roweru mym oczom objawił się ogrom wyrządzonych zniszczeń. Jedynym pocieszeniem był fakt, że spadający i zakleszczający się łańcuch spowodował obrażenia natury kosmetycznej, ale bolało to prawie tak samo mocno, gdyby to była moja własna skóra. Lakier w okolicy wkładu suportu był kompletnie zerwany. Koszmar. Nie mniej wówczas nie skłoniło mnie to do głębszej refleksji i po stosunkowo krótkiej żałobie przeszedłem nad tymi uszkodzeniami do porządku dziennego i myślałem, że uważniejsze redukowanie przełożeń w przyszłości ten problem rozwiąże.

Dopiero jesienią 2013 roku, gdy podjąłem decyzję, że wiosną roku następnego sięgnę bruku na trasie Paris-Roubaix Challenge, i zacząłem się do tej imprezy solidnie przygotowywać dowiedziałem się o istnieniu prostego urządzenia, a jednocześnie niesamowicie skutecznego – chain catchera! Dla jeszcze nie wtajemniczonych, jest to tzw. łapacz łańcucha będący obowiązkowym wyposażeniem roweru każdego zawodowca startującego w wiosennych klasykach, ale nie Taylora Phinney’a na trasie Mistrzostw Świata w Richmond, który brukowany podjazd na 23. ulicy pokonywał biegiem po spadnięciu łańcucha, tylko że to już zupełnie inna historia.

Ten dumnie brzmiący z nazwy łapacz łańcucha, to w dużym uproszczeniu kawałek metalu (bądź włókna węglowego, lub innego tworzywa) umieszczony pomiędzy rurą podsiodłową, a wieńcami mechanizmu korbowego, mający na celu uniemożliwienie spadnięcia łańcucha z małej zębatki. Przymocowany jest zazwyczaj do haka przedniej przerzutki lub bezpośrednio do rury podsiodłowej na dedykowanej obejmie (w zależności od wariantu montażu przedniej przerzutki). Występuje w wersjach dla rowerów szosowych, przełajowych i górskich.

kedge chaincatcher

Najpopularniejsze na rynku i jednocześnie najszerzej stosowane w zawodowym peletonie chain catchery produkuje amerykańska firma K-EDGE. Łapacze łańcucha w swojej ofercie mają także Rotor, Stronglight, Campagnolo, Token, Deda, BBB, Osymetric, czy KCNC. Osoby szczególnie wrażliwe na punkcie rowerowej wagi mogą spać spokojnie, ponieważ jej wzrost po instalacji łapacza łańcucha to raptem około 10 gramów.

Ile to kosztuje? Jeżeli mamy korbę dwurzędową, to możemy sobie sprawić jeden z najtańszych dostępnych na rynku chain catcher firmy Stronglight, którego koszt w Cyklomanii wynosi niewiele powyżej 40 złotych. Gdybyśmy natomiast posiadali korbę 3-rzędową, to konieczny jest dłuższy łapacz, bądź łapacz regulowany np. firmy Rotor, dostępny za blisko 76 złotych, także w Cyklomanii. Jeżeli Wasza przednia przerzutka nie jest montowana na haku, to wówczas pozostają Wam do wyboru chain catchery Dedy, lub K-EDGE z dedykowanymi obejmami na rurę podsiodłową.

K-EDGE jest niekwestionowanym liderem rynku łapaczy łańcuchów i w ich ofercie znajdziemy produkty w szerokiej palecie kolorów dedykowane do rowerów szosowych, przełajowych i górskich. Jedyną ich wadą, z naszego punktu widzenia, jest brak dostępności w Polsce w równie szerokim zakresie. O ile najpopularniejszą wersję szosową do korb dwurzędowych i przerzutek montowanych na haku kupimy m. in. w Tri-magic, Rowery Rybczyński, czy Dotsport, czy w wspomnianej Cyklomanii, to pozostałe produkty musimy zamawiać za granicą (np. Wiggle, Sigma Sport, czy Bike24), co w zależności od wybranego modelu może nas kosztować od 100 do nawet 400 złotych.

Wybierając się na Paris-Roubaix Challenge wyposażyłem się w łapacz firmy K-EDGE i zafundowałem mu test w iście bojowych warunkach, a dokładniej na nieco ponad 50 kilometrach kostki brukowej, pamiętającej marsz wojsk napoleońskich na wschód oraz, już nieco później, wiele kolarskich legend. Jeżeli kiedykolwiek oglądaliście ten wyścig, to wiecie jak ciężki to jest sprawdzian dla sprzętu. Jeśli nie, to po obejrzeniu poniższego materiału nie będziecie mieli najmniejszych wątpliwości (pod koniec drugiej minuty dokładnie widać, jak zachowuje się łańcuch na nierównościach).

Podczas jazdy na kostce, czy innych nierównościach, łańcuch porusza się momentami w dość swobodny sposób więc ryzyko jego spadnięcia jest ogromne. Dzięki łapaczowi łańcucha udało mi się wyeliminować ten potencjalny problem i nie miałem z nim żadnych złych doświadczeń.

Podsumowując, sprzęt ten robi dokładnie to do czego został stworzony. Warto go zainstalować i zapomnieć o problemach z łańcuchem, nawet jeśli na co dzień nie jeździmy po kostce. Z czasem sukcesywnie instalowałem łapacze na kolejnych rowerach, co i Wam radzę. Wydatek w zasadzie żaden, a głowa spokojna, zwłaszcza na zawodach i rower zabezpieczony przed utratą lakieru, czy fragmentów karbonowej ramy. Ciekawe, czy Taylor Phinney też żałował, że nie zainstalował chain catchera, jak podbiegał z rowerem na 23. ulicy na oczach tysięcy widzów i milionów ludzi przed telewizorami… On albo jego mechanik.

taylor phinney richmond 23rd street
el Kapitano

el Kapitano

editor

el Kapitano. Marynarz. Triathlonista. Więcej w zakładce "o mnie".

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *