„Tytani szos” autorstwa Krzysztofa Wyrzykowskiego

Głos Krzysztofa Wyrzykowskiego zna bodaj każdy, kto interesuje się kolarstwem. Wyrzykowski to sportowy dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny, a także komentator specjalizujący się w kolarstwie, tenisie stołowym i biathlonie. Pracę w dziennikarstwie rozpoczął w 1971 roku, a w 1978 roku wydał swoją pierwszą książkę – „Tytani szos”.

„Tytani szos” to rzecz o wielkich i mniej znanych mistrzach kolarskiego peletonu. W pierwszej części książki opisana jest historia największej amatorskiej imprezy kolarskiej na świecie, tj. Wyścigu Pokoju od jego zapoczątkowania w 1948 roku do 1976 roku. Autor przedstawia przebieg rywalizacji podczas poszczególnych edycji imprezy „Trybuny Ludu”, „Neues Deutschland” i „Rudeho Prava”, jego bohaterów, jak i wiążących się z nimi ciekawostek i anegdotek. Pierwszą cześć książki zamyka historia mistrzostw świata kolarzy amatorów od roku 1921 do 1976. Znajdziemy tam między innymi świetne opisy wydarzeń na trasach w Barcelonie, Grannollers, Montrealu i Mettet, gdzie Szurkowski, Szozda, Kowalski, Mytnik i spółka zdobywali złote medale.

Druga część książki poświęcona jest rywalizacji zawodowców, a więc wyścigom etapowym (Paryż – Nicea, Tour de France, Giro d’Italia, oraz Vuelta Espana), wyścigom klasycznym (zarówno monumentom kolarstwa, jak i zapomnianym imprezom typu Boreaux – Paryż), mistrzostwom świata i wyścigom na czas, przedstawia ich historię oraz sylwetki największych mistrzów tego sportu.

Barwny język, świetna narracja, doskonała praca kronikarska, własne obserwacje i wspomnienia, wywiady, oraz zakulisowe ciekawostki składają się na bardzo dobrą książkę z zakresu historii Wyścigu Pokoju, kolarstwa amatorskiego oraz ikon kolarstwa zawodowego do połowy lat 70. ubiegłego wieku.

W książce nie brakuje też śladów obecności cenzora, czego dowodem może być chociażby niewspomnienie ani słowem o zamieszkach na mecie XXI Wyścigu Pokoju w Warszawie, czy o tym, dlaczego Wyścig Pokoju w 1969 roku ominął terytorium Czechosłowacji, a na starcie nie stanął żaden z zawodników CSRS. Po blisko dekadzie, jaka upłynęła od tych wydarzeń władza ludowa nie chciała przypominać czytelnikowi w czasach pierwszych niepokojów społecznych w PRL o wydarzeniach praskiej wiosny w latach 1968 i 1969.

Jako najlepszą zachętę do przeczytania książki „Tytani szos” przytoczę fragment opisujący zmagania Ryszarda Szurkowskiego na trasie wyścigu Paryż – Nicea w 1974 roku, czyli gdy po raz pierwszy dopuszczono wspólny start kolarzy amatorów z zawodowcami:

„Wjeżdżamy w góry. Nie są to wprawdzie wysokie Alpy czy Pireneje, ale i tu na południu, wśród setek wąskich, wijących się szos można wyznaczyć trasę, której skala trudności niewiele odbiega od najtrudniejszych. Wjeżdżamy na wąziutką, niemal polną drogą. Nie ma mowy o tym, aby w przypadku kraksy wozy techniczne mogły pospieszyć z pomocą. Kto tutaj się zagapi, kto tu złapie gumę, będzie musiał pożegnać się z czołową grupą. Karkołomny zjazd w dół, znów kraksa, lecz tym razem mniej groźna. Tempo peletonu nie słabnie ani na chwilę.

Nie ma oddechu nawet u podnóża Espigoulier. Rozpoczyna się blisko 10-kilometrowy podjazd. Różnica wzniesień ponad 500 metrów.

– Szurkowski z tyłu – brzmi suchy, radiowy meldunek Anquetila. Ale jeszcze trzyma się zasadniczego peletonu, choć nie jedzie już w pierwszym szeregu, tuż obok Mercxa i tych wszystkich, którzy dyktują tempo. Wyprzedzamy go na podejściu, goniąc grupę dwudziestu kolarzy. Wychylam się przez okno i krzyczę: Rysiu, jeszcze trochę! Po minie już jednak widzę, że nie będzie go dzisiaj w czołówce.

Tymczasem z przodu jest jeszcze jedna, jedyna polska koszulka. To Janusz Kowalski, jadący przez wiele kilometrów na końcu stawki. Kiedy zbliżyły się pierwsze trudne wzniesienia pomknął do przodu, choć nie był już w stanie złapać czołówki. A w przodzie szalał Eddy Mercx. Widział wszystko, sam likwidował ucieczki, sam przez większość etapu dyktował tempo. Był tego dnia znakomity i nic dziwnego, że w Bandol, na mecie etapu znajdującej się tuż obok ślicznej plaży tylko z rzadka niepokojonej falami Morza Śródziemnego, był pierwszy, umacniając się na pozycji lidera. Pechowy etap jeszcze się nie skończył. Oto tuż po przejechaniu linii mety Cyrille Guimard, walcząc zaciekle z Mercxem, wpadł w pełnym rozpędzie na przebiegającego przez jezdnię widza. Jeszcze jedna ofiara tego dramatycznego etapu przewieziona została do szpitala.

Minęło blisko 10 minut, zanim na metę przyjechał Ryszard Szurkowski. Jacques Anquetil, oparty o trybunę prasową, uśmiechnął się i powiedział:

– Niech pan się nie martwi. Szurkowski zrobił już bardzo wiele. Do tej pory znany był we Francji dzięki sukcesom w Barcelonie, a także w Wyścigu Pokoju. Nie dowierzaliśmy, że jest kolarzem wielkiej klasy. To, że dziś przegrał nie zmienia ogólnej opinii, że macie świetnego zawodnika. Jutro też jest dzień i też będzie słońce. Może zaświeci dla Szurkowskiego?”

el Kapitano

el Kapitano

editor

el Kapitano. Marynarz. Triathlonista. Więcej w zakładce "o mnie".

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *